Paradoksalnie to dzięki Zielonym, podziale głosów oraz zdobyciu mandatów przez nacjonalistów, eurosceptyków oraz innych zwolenników suwerenności, będzie można wzmocnić władzę Parlamentu uniezależniając go od rządów narodowych. Nie licząc Francji, Włoch i Polski, wybory te były policzkiem wymierzonym większości rządów państw członkowskich tworzących Unię Europejską. Po pierwsze, był to policzek dla państw kierowanych przez socjalistów i liberałów. Krytyczna sytuacja brytyjskiej Partii Pracy, węgierskich socjalistów i nacjonalistów w Irlandii to tylko trzy niechlubne przykłady. Takie nagłe potępienie poważnie zagraża wiarygodności politycznej tych ugrupowań w rządach krajowych.

Mimo że inne partie nie znajdują się w aż tak trudnej sytuacji, zamieszanie związane z Zapeterem w Hiszpanii i z Sócratesem w Portugalii, sytuacja socjaldemokratów w Austrii i w Bułgarii, odejście liberałów w Danii i w Czechach oraz osłabienie konserwatystów w Grecji, Rumunii i w Szwecji wskazują jednak na to, że po tych wyborach nadchodzą zmiany. Nawet Niemcy nie pozostają w tyle, a wobec nadejścia Zielonych, FDP i lewicy (die Linke) berlińska koalicja rządowa stworzona przez CDU i socjaldemokratów z SPD traci trochę na znaczeniu.

Wraz z prawdopodobnym wejściem w życie Traktatu lizbońskiego, wspólne podejmowanie decyzji przez Parlament i Radę Europejską może stać się regułą w kwestii legislacyjnej. Niemniej jednak należy pamiętać, że interesy tych dwóch instytucji są różne. Rada broni przede wszystkim interesów krajowych, podczas gdy Parlament, nastawiony bardziej ideologicznie, zajmuje się kwestiami bardziej ogólnymi i europejskimi. Najważniejsze jest to, że skład nowego Parlamentu nie odzwierciedlający nawet ułamka różnic politycznych reprezentowanych w Radzie daje gwarancję większej niezależności Parlamentu wobec interesów krajowych, w dużym stopniu odpowiedzialnych za przeszkody stojące na drodze reformom instytucjonalnym pozwalającym Europie ewoluować w kierunku większej demokratyzacji.