Jeszcze nigdy nie widziano hali w Centrum Kultury Współczesnej w Barcelonie (Centre de Cultura Contemporània de Barcelona) wypełnionej tyloma osobami poruszającymi biodrami w rytm tak energetycznej muzyki! A to dzięki orkiestrze afro-beat Konono Nº1. To był pierwszy z trzech dni festiwalu i Kongijczycy mogli w końcu pokazać się na scenie z występem przewidzianym na rok ubiegły, który nie doszedł wtedy do skutku ze względu na problemy z wizami. Występ w kręgach niezależnych brzmień afrykańskich, prowadzony przez Mawangu Mingiedi pokazał jak można użyć fortepianu z mikrofonem i innymi instrumentami, aby brzmiały jak prawdziwe maszyny transowe.

KononoKonono

Pierwszego dnia wystąpił także weterana muzyki etiopskiej Mulatu Astatke, razem z brytyjskim zespołem acid-jazz Helliocentrics, w kombinacji, która dla niektórych była jednak zbyt ograniczona jak na możliwości Abisyńczyka.

Kolejnego dnia była okazja, aby odkryć syryjskiego śpiewaka Omara Souleymana i jego styl śpiewania ‘dabke’, któremu akompaniowały nie tylko instrumenty, ale też zdecydowane dźwięki perkusyjne wciągnięte wprost z komputera. Niezwykle było zobaczyć go śpiewającego w palestyńskiej chuście, takiej jaką miała młodzież wiwatująca w pierwszym rzędzie.

Animal Collective, My Girls

Tej nocy, zwieńczeniem imprezy były światło i dźwięk Buraka Som Sistema, którzy włączają do swojego języka nowe elementy dance-hall, dubstep i reggaeton. Mieszanka jak można sobie wyobrazić wybuchowa, którą powtórzyli przez kolejny rok z rzędu, ale na jeszcze wyższym poziomie ekspresji, poprzez angolską batucadę.

Mistycyzm cyfrowy

Z drugiej strony spektrum, najlepszy i najbardziej spójny ze spektakli był berliński Raster Noton. W sobotę wieczorem, pojawił się angielski duet SND i niemieckie Byetone, Alva Noto i Uwe Schimdt, które były dowodem, ze dziedzictwo Kraftwerk nie zostało zapomniane i możemy je odnaleźć w dzisiejszych brzmieniach. Dwa pierwsze kawałki stworzyły naprawdę magiczny klimat w sali koncertowej, coś pomiędzy abstrakcją, elektryczną epopeją i hipnotyczną wizją, a wyjście na scenę Alva Noto było kulminacją tego mistycyzmu cyfrowego.

Występy Ghostly Internacional, BBC Radio y Ed Banger, zaoferowały dla odmiany jasno-ciemną mieszankę. Wielkim rozczarowaniem był na przykład ostatni hipis brytyjski występujący z La Roux, który okazał się kiepską imitacją Eurythmics z lat osiemdziesiątych. Zabawny jak zawsze Anglik Tim Exile, współgrając tym razem z instrumentami-robotami, stworzonymi przez Niemca Roland Olbeter. I wyrazy specjalnego uznania dla Sónar Dôme, które po raz kolejny posłużyło jako miejsce do wyszukania i odkrycia nowych talentów i zabawy w rytmie współczesnego hip-hopu, w tym Bomb Squad (producent Public Enemy). Chwilą dla heretyków był Convent dels Àngels, z lokalnymi eksperymentami oraz zaadoptowany Islandczyk Ben Frost, który był bliski zniszczenia murów brzmieniem swojej głośnej gitary.

Powrót divy

Grace Jones (zdj.: press.sonar.es)Grace Jones (zdj.: press.sonar.es)Powrót sześćdziesięciojednoletniej Grace Jones był wielką niespodzianką pośród tej mieszanki młodej, rewolucyjnej widowni. Jednak ona pokazała klasę, występując w swoim własnym tempie, pokazując ciało i długie nogi, dała lekcję aspirantom z Operación Triunfo i Star Act, którzy występują w kontynentalnej telewizji. Dwadzieścia cztery godziny później Animal Collective miał dużo więcej trudności z komunikacją z tą ogromna publicznością.

Z kolei bracia Phil i Paul Hartnoll, przywrócili do życia Orbital, dla których Sonar był obowiązkowym przystankiem, bo właśnie tam w 1995 roku zagrali kilka ze swoich najlepszych koncertów. Wracając, woleli „dać czadu” i zapomnieć o melodyjnej subtelności, która ich wyniosła na uprzywilejowane miejsce w muzyce elektronicznej lat dziewięćdziesiątych. Nie obyło się bez małych niedociągnięć w scenariuszu festiwalu, ale Sonar wciąż pozostaje niezwykłym i absolutnie koniecznym spotkaniem, pomagającym zrozumieć globalizację muzyki.

Tim Exile - Family Galaxy | (WarpRecords)