„To już nie to drzewo, ale moje prawo do rozporządzania nim jak chcę tworzy moją własność” lub „moją siłę”. Weźcie to zdanie Maxa Stirnera, ucznia Hegla, który w połowie XIX wieku zbuntował się przeciwko swojemu nauczycielowi w imieniu anarchizmu indywidualistycznemu, zastąpcie „drzewo” słowem „informacja” i otrzymacie niezłe pojęcie rewolucji anarchistycznej, którą Spot.us zamierza rozpocząć w świecie informacji. Jest to pierwsza strona internetowa zajmująca się dziennikarstwem śledczym w całości finansowana przez obywateli.

 | (zdj.: David Cohn)Mechanizm jest prosty: użytkownicy głosują, która sprawa będzie dokładnie zbadana przez grupę dziennikarzy zaangażowanych w projekt; dziennikarze szacują, ile może kosztować dochodzenie i tylko wtedy, gdy cała kwota zostanie zdobyta za pomocą małych datków (średniej wysokości 20$) zabiorą się do pracy.

„Możemy porównać Spot.us do rynku – mówi David Cohn, twórca strony – podczas gdy w innych realiach dziennikarz lub wydawca działa jako sprzedawca i nagle podejmuje decyzję o tym, że przestanie oferować jakiś produktu. U nas zapotrzebowanie klientów jest ustalane w czasie, gdy kształtuje się oferta wiadomości. W czasie krótszym niż 12 miesięcy działania zgromadziliśmy około 45 tysięcy dolarów od setek ludzi tylko z samego San Francisco, dzięki czemu powstało ponad 40 artykułów”. Strona Spot.us wspierana również finansowo przez Knight Foundation, zbudowała swe fundamenty w Zatoce San Francisco, a jej zawartość jest głęboko związana z potrzebami mieszkańców miasta. 

 | (zdj.: Stefano Cingolani)W Europie nie istnieje jeszcze coś takiego jak zasada „Crowdfunding journalism”, dosłownie dziennikarstwa, które znajduje swoje fundusze u obywateli i oczywiście nie brakuje wątpliwości co do sposobów jego utrzymania: „To prawda – mówi Stefano Cingolani, felietonista włoskiej gazety codziennej Il Foglio – wiele doświadczeń i potrzeb pochodzi z dołu, ale dziennikarstwo nie może opierać się tylko ‘na sąsiedztwie’. Wierzę – kontynuuje Cingolani – w rolę elit, w ich zdolność do nadawania sensu faktom i w inny sposób powiązanym wiadomościom, wierzę w ich zdolności do dostarczania wizjonerskich perspektyw, które skłonią do refleksji i poruszą masowego odbiorcę. To, czego może brakować , to prawdziwy pluralizm – zróżnicowanie tych elit”. Natomiast pomysł Cohna znajduje się zupełnie po drugiej stronie barykady: „Działamy w środku małego państwa bliższego anarchii niż klasycznemu autorytaryzmowi wydawniczemu”. Jak temu zaprzeczyć? Decyzje podejmowane są przez wszystkich, nie ma żadnych wydawców, jest za to zero reklamy i zero zbędnej presji: jeśli to nie jest anarchia, to co?


(*źródło: raport KPMG Media and Entertainment Barometr)