W ten właśnie sposób partia-bojówka Hezbollah spełniła swoją groźbę opuszczenia rządu w razie gdyby nie zaakceptowano jej roszczeń wobec Trybunału Narodów Zjednoczonych, który prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa byłego premiera (a zarazem ojca obecnego), Rafika Hariri. Od kilku miesięcy pojawiają się spekulacje odnośnie wyroku i potencjalnego uwikłania Hezbollahu w owo zabójstwo. I z tego to powodu stronnictwo szyickie od kilku miesięcy próbuje wymusić na rządzie, żeby ten nie usankcjonował postanowień Trybunału.

Jeszcze będąc w Barcelonie, podczas wakacji przed powrotem na wolontariat w Bejrucie, z zainteresowaniem śledziłam te informacje. Europejska prasa wyróżniała wielkimi literami „poważny kryzys polityczny”, który nadchodził w tym malutkim kraju na Bliskim Wschodzie. A ja sama zastanawiałam się, jak musieli to przechodzić mieszkańcy stolicy, szczególnie w dzielnicy, w której od sześciu miesięcy mieszkam, Al-Aszrafijji, chrześcijańskiej enklawie w pełnym tego słowa znaczeniu. Przestaną wychodzić na drinki do barów w Gemmayzeh, które – wedle tego, co twierdzą wszyscy Libańczycy – były otwarte nawet w czasie wojny latem 2006 r.? Zaczęli już stosować się do świateł drogowych? Miałam co do tego wątpliwości, zatem postanowiłam się skontaktować z kilkoma przyjaciółmi mieszkającymi w różnych częściach kraju.

Gdy w kraju wzrasta temperatura, na ulicach pojawia się więcej wojskaGdy w kraju wzrasta temperatura, na ulicach pojawia się więcej wojskaW gruncie rzeczy życie na ulicach Bejrutu toczyło się swym normalnym torem: każdy ze swoim blackberry i wszyscy w centrum handlowym ABC Mall. Największym niebezpieczeństwem pozostawało poruszanie się pieszo i unikanie samochodów pułapek. Na razie nikt nie wyciągał kałasznikowów, a donośne nocne eksplozje to wciąż były fajerwerki. W innych regionach, jak na przykład Chouf, górzystym rejonie zamieszkanym przez druzów, jedyną zmianą, jakiej doświadczyli mieszkańcy, było zwiększenie liczby wojska przy szosach, co i tak jest czymś normalnym w każdej innej części kraju. 13 stycznia wylądowałam w Bejrucie. Wracając z lotniska, przejeżdżałam przez dzielnice wyraźnie prohezbollahowskie i nie odkryłam żadnej zmiany. Flagi ciągle były na swoim miejscu, a portrety irańskiego prezydenta Mahmuda Ahmadineżada (zawieszone od czasu jego październikowej wizyty) pokrywały się kurzem nieopodal autostrady.

W tym kraju, całkiem nieczułym na wstrząsy, dymisja rządzących nie spędza snu z powiek. W naszym europejskim pojęciu, ucieczka 11 ministrów oznaczałaby pewnie narodową hekatombę. Ale na tej ziemi to, co się liczy, to „teraz”, „dzisiaj”, i wyczekiwanie, że nazajutrz też wzejdzie słońce. Ale nie należy wykluczać żadnej opcji: być może w momencie, kiedy będą opublikowane te słowa, ktoś wyjdzie z bronią na ulice lub zaatakuje stolicę. Welcome to Lebanon, gdzie wszystko przykrywa warstewka tymczasowości.