ALEX TAYLOR: O miłości do języka

Artykuł opublikowany 21 lutego 2014
Artykuł opublikowany 21 lutego 2014

Na­uczy­ciel an­giel­skie­go, dzien­ni­karz, pro­du­cent au­dy­cji ra­dio­wej o Eu­ro­pie, ar­ty­sta… Alex Tay­lor prze­żył wiele żyć, głów­nie dzię­ki zna­jo­mo­ści ję­zy­ków ob­cych, które są dla niego „źró­dłem in­spi­ra­cji i cią­głe­go zdzi­wie­nia”. Spo­tka­nie z po­li­glo­tą, któ­re­go ka­rie­ra roz­po­czę­ła się od Sad­da­ma Hus­se­ina, a mi­łość do Eu­ro­py od cro­is­san­ta.

Alex Tay­lor przyj­mu­je nas na bo­sa­ka w swoim dwu­po­zio­mo­wym miesz­ka­niu w po­bli­żu Cha­te­let w sercu Pa­ry­ża, w któ­rym miesz­ka już od 20 lat. Krzą­ta­jąc się mię­dzy kar­to­no­wy­mi pu­dła­mi, na­po­my­ka o pla­nach prze­pro­wadz­ki -  praw­do­po­dob­nie do Ma­ra­is, w po­bli­że Sa­int-Paul. W sa­lo­nie aż jasno od bla­sku ogrom­ne­go te­le­wi­zo­ra pla­zmo­we­go na­sta­wio­ne­go na Sky News; poza tym znaj­du­ją się tam na­roż­ni­ko­wa ka­na­pa i sto­lik z reszt­ka­mi śnia­da­nia. Alex ewi­det­nie wła­śnie wy­bu­dza się z drzem­ki, tłu­ma­cząc się gęsto, że jego zmę­czo­ne oczy są ra­czej skut­kiem ban­kie­tu wy­da­ne­go wczo­raj przez jakiś bank, niż wy­ni­kiem jego po­ran­nego prze­glą­du eu­ro­pej­skiej prasy, który pro­wa­dzi co­dzien­nie na an­te­nie Fran­ce Inter. Po chwi­li znika, żeby za­pa­rzyć her­ba­tę. Dla nas bez ni­cze­go, dla niego z odro­bi­ną mleka – co jest przy oka­zji traf­ną me­ta­fo­rą sto­sun­ków fran­cu­sko-bry­tyj­skich.

JĘ­ZY­KI WYJ­ŚCIEM AWA­RYJ­NYM

Alex za­sia­da na ka­na­pie i od razu za­czy­na ci­skać gromy na tych, któ­rzy każą mu wszyst­ko tłu­ma­czyć. „Wczo­raj wie­czo­rem spy­ta­no mnie, jak po­wie­dzieć po an­giel­sku « Fran­cja z przy­mru­że­niem oka ». Jeśli cho­dzi o związ­ki po­mię­dzy ję­zy­ka­mi, już dawno się pod­da­łem”. W po­dob­ny spo­sób - sceną proś­by o prze­tłu­ma­cze­nie wy­ra­że­nia „un ange passe” („anioł mija”) roz­po­czy­na swoją książ­kę, „Z otwar­tą gębą, wszyst­ko usły­sza­ne” („Bo­uche bée, tout ouïe2010). Jest to dosyć za­ska­ku­ją­ce – bo stwier­dze­nie, że Alex Tay­lor in­te­re­su­je się lin­gwi­sty­ką, by­ło­by nie­do­po­wie­dze­niem. Ten ro­do­wi­ty An­glik z Korn­wa­lii jest zde­kla­ro­wa­nym fanem ję­zy­ków i włada płyn­nie sze­ścio­ma. „Po­nie­waż za­uwa­ży­łem, że wiele osób było roz­cza­ro­wa­nych praw­dą, teraz mówię cza­sem, że wła­dam dwu­dzie­sto­ma ośmio­ma” – tłu­ma­czy z nie­na­gan­nym ak­cen­tem. Pod­czas trzy­dzie­stu lat spę­dzo­nych w Pa­ry­żu i kilku w Ber­li­nie, Alex na­uczył się wło­skie­go, hisz­pań­skie­go i ho­len­der­skie­go. „Dla przy­jem­no­ści” – dodaje, jakby było to oczywiste. Dla niego żyć w ję­zy­ku, który nie jest na­szym wła­snym „czyni nas po­dat­ny­mi na cią­głe zdu­mie­nie i po­bu­dza kre­atyw­ność”.

Wła­śnie temu sta­no­wi cią­głe­go zdu­mie­nia po­świę­ca 244 stro­ny swo­jej książ­ki. Oprócz tego, ję­zy­ki są dla niego także oca­le­niem. W wieku 56 lat przy­zna­je, że nauka ję­zy­ków jest i za­wsze była dla niego „wyj­ściem awa­ryj­nym”. „Jest to pasz­port, dzię­ki któ­re­mu mo­głem opu­ścić Korn­wa­lię, gdzie nie dane mi było być zro­zu­mia­nym”. Alex jest ho­mo­sek­su­ali­stą i dla­te­go nie czuł się do­brze w Wiel­kiej Bry­ta­nii lat 80. Pod­su­mo­wu­je te do­świad­cze­nia w jed­nym z pierw­szych roz­dzia­łów swo­jej książ­ki: „Moje bry­tyj­skie dzie­ciń­stwo dało mi pre­dys­po­zy­cje do tego, aby stać się de­wian­tem, ja wy­bra­łem jed­nak mi­łość do na­sze­go olśnie­wa­ją­ce­go kon­ty­nen­tu”.

SAD­DAM I GO­MO­RA

Dzię­ki swo­jej wy­pro­sto­wa­nej syl­wet­ce i szcze­re­mu uśmie­cho­wi, Alex pre­zen­tu­je się zde­cy­do­wa­nie bry­tyj­sko. Pusz­cza do nas oko, tłu­ma­cząc: „Przy­znaj­cie, że moja fran­ko­fi­lia jest dosyć przy­pad­ko­wa”. Po stu­diach na Oks­for­dzie, jako 27-la­tek tra­fia do Fran­cji świę­tu­ją­cej zwy­cię­stwo so­cja­li­zmu w 1981 po­przez utwo­rze­nie Fréqu­en­ce Gaie, pierw­sze­go ge­jow­skie­go radia na świe­cie. Pro­wa­dzi tam au­dy­cje, a póź­niej daje lek­cje an­giel­skie­go i cho­dzi na rand­ki. W tym cza­sie ja­kieś sto ki­lo­me­trów na pół­noc Mar­ga­ret That­cher za­twier­dza jedne z naj­bar­dziej an­ty-ge­jow­skich ustaw w Eu­ro­pie. „Mia­łem dwa­dzie­ścia sie­dem lat i żyłem w kraju, gdzie wszyst­ko było moż­li­we” – pod­su­mo­wu­je Alex.

Mimo wszyst­ko, w 2005 nasz wy­gna­niec wy­ru­sza do Ber­li­na, gdzie spę­dza sześć lat i o któ­rym mówi: „W tam­tych cza­sach nie ro­zu­mie­li, co to zna­czy być cool”. W Niem­czech im­pre­zu­je w dys­ko­te­kach i bie­rze nar­ko­ty­ki, żeby „stać się męż­czy­zną”. To, że nie może usie­dzieć w jed­nym miej­scu, pa­ra­dok­sal­nie jest winą jego „bry­tyj­skie­go dzie­ciń­stwa”. W la­tach 60. ro­dzi­ce za­bie­ra­ją go na ob­jazd Eu­ro­py przy­cze­pą kem­pin­go­wą. „Pa­mię­tam nawet pierw­sze­go cro­is­san­ta w Bruk­se­li – tak wła­śnie na­ro­dzi­ło się moje roz­sma­ko­wa­nie w Eu­ro­pie” – opo­wia­da. Cro­is­san­ta przy­po­mni w swoim pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym Con­ti­nen­ta­les, po­świę­co­nym ję­zy­kom i Sta­re­mu Kon­ty­nen­to­wi. Con­ti­nen­ta­les przy­spo­rzy mu nie­małej sławy – szcze­gól­nie, gdy pew­ne­go dnia wcze­śnie rano, jako jeden z pierw­szych, ogło­si in­wa­zję wojsk Sad­da­ma Hus­se­ina na Ku­wejt w 1990 roku. „To jemu za­wdzię­czam moją ka­rie­rę!”, oznaj­mia bez iro­nii.

PO FRAN­CU­SKU

W 2014 Alex Tay­lor nie jest już dłu­żej takim eu­ro­en­tu­zja­stą jak w la­tach 90. „Czuję się zmę­czo­ny i mam ocho­tę zo­sta­wić innym moż­li­wość walki”– przy­zna­je. Z pew­no­ścią nie kie­ru­je tego do eu­ro­scep­tycz­nych, w jego oce­nie, me­diów an­glo-sak­soń­skich. Zresz­tą, nawet jeśli zo­sta­nie prze­pro­wa­dzo­ne re­fe­ren­dum i Wiel­ka Bry­ta­nia wy­stą­pi z Eu­ro­py, Alex ma za­wsze na biur­ku for­mu­larz do wy­stą­pie­nia o oby­wa­tel­stwo fran­cu­skie. „Po­pro­sił­bym o nie bez wa­ha­nia. W końcu jeśli Wiel­ka Bry­ta­nia wyj­dzie z Unii, nie będę miał dłu­żej prawa tu zo­stać” – mówi.

W swo­jej ostat­nie książ­ce, opu­bli­ko­wa­nej 3 lu­te­go 2014 pod nie­tu­zin­ko­wym ty­tu­łem „Kiedy ostat­nio wi­dzia­łeś swo­je­go ojca?”, Alex po­wta­rza wie­lo­krot­nie, że „nie ma już po­wo­du, by wra­cać do kraju”. Krą­żą­ca wokół kwe­stii wy­ko­rze­nie­nia po­wieść opo­wia­da o śmier­ci jego ojca, zmar­łe­go w jego ra­mio­nach w marcu ubie­głe­go roku. „Byłem na dwor­cu St Pan­cras w Lon­dy­nie i po­wie­dzia­łem sobie, że kiedy go nie bę­dzie, nie będę już mieć żad­nych związ­ków z Wiel­ką Bry­ta­nią”, opo­wia­da Alex w książ­ce. Te bar­dzo oso­bi­ste myśli spi­sał po fran­cu­sku - pi­sa­nie w tym ję­zy­ku za­czę­ło się od jego pierw­szej książ­ki, „Dzien­ni­ka per­wer­syj­ne­go ucznia”, w któ­rym opo­wia­da o śmier­ci na AIDS swo­je­go by­łe­go part­ne­ra. „Kiedy pisze się tak oso­bi­stą książ­kę, trze­ba się uze­wnętrz­nić. A to wolę robić po fran­cu­sku, by stwo­rzyć dy­stans” – tłu­ma­czy. 

Bez ko­rze­ni, Alex Tay­lor jest przede wszyst­kim kimś nie­po­ko­na­nym. „Naj­bar­dziej de­ner­wu­ją­ce jest, kiedy lu­dzie szu­flad­ku­ją mnie jako bry­tyj­skie­go dzien­ni­ka­rza”, orze­ka, prze­wra­ca­jąc ocza­mi. Ktoś, kto prze­żył tyle żyć i ma , woli być ty­tu­ło­wa­ny jako „Eu­ro­pej­czyk”.