Awinion 2016: Umarł teatr, niech żyje teatr!

Artykuł opublikowany 11 sierpnia 2016
Artykuł opublikowany 11 sierpnia 2016

[RECENZJA] Teatr przechodzi ewolucję. Scenografia jest coraz bogatsza, na scenie pojawiają się ekrany i kamery, a spektaklom towarzyszy muzyka wykonywana na żywo. Jednak czy teatr może coś na tym stracić? Na tegorocznym Festiwalu Teatralnym w Awinionie wyróżniały się dwie sztuki: Przeklęci (Les Damnés) w reżyserii Ivo van Hove'a i Wszyscy przeciwko wszystkim (Tous contre Tous) Alaina Timára.

Wszystko jest na swoim miejscu. Ekran, dwa Steadicamy, publiczność, rekwizyty i oczywiście aktorzy grający w Comédie Française. Część widzów może zaskoczyć obecność dwóch kamerzystów na scenie, ale większość pozostanie niewzruszona – łączenie teatru na żywo i filmu jest dziś bardzo modne.

Thomas Ostermeier wykorzystał ekrany w swojej produkcji Hamleta wystawianego najpierw na scenie w pałacu papieskim w 2008 roku, a następnie w teatrze Schaubühne w Berlinie. Także berliński teatr Volksbühne wykorzystał Steadicamy w spektaklu w reżyserii Franka Castrofa zatytułowanym Die Kabale der Scheinheiligen. Das Leben des Herrn de Molière. Angielska publiczność zdążyła przyzwyczaić się, że sztuki wystawiane w londyńskim National Theatre są transmitowane na żywo w kinach w całym kraju.

Nad Awinionem zachodzi słońce, kamery idą w ruch, a gdy sztuka się rozpoczyna, oczy publiczności zwracają się ku ekranom. To oczywiście praktyczne rozwiązanie dla osób, które zajmują tańsze miejsca, a chciałyby wyraźnie widzieć scenę. Inni będą jednak poirytowani – w końcu nie po to przyszli do teatru, aby gapić się na ekran! Mimo to, jeśli chodzi o wykorzystanie kamer, Ivo van Hove to nic w porównaniu do Castrofa. W jego najnowszej sztuce publiczność przez cztery godziny (z pięciu, które trwał spektakl) wpatrywała się w ekran, podczas gdy aktorzy giną schowani pośród scenografii. Van Hove wykorzystuje ekran jako narzędzie służące do zmniejszania lub poszerzania sceny. Gdy dwie postacie spotykają się na jej środku, na ekranie ponad nimi widzimy innych aktorów przebierających się gdzieś dalej. Jeden z kamerzystów, krążąc pomiędzy kamiennymi kolumnami w poszukiwaniu aktorki Elsy Lepoivre funduje nam wycieczkę po wnętrzu pałacu papieskiego. Imponujące z technicznego punktu widzenia, ale nic poza tym.

Aktorka potwierdza (sama wydając się zaskoczona tym faktem), że trupa spędziła razem „tylko trzy tygodnie w Paryżu, a potem tydzień na miejscu. Cały spektakl powstał więc zaledwie w miesiąc”. Natomiast Van Hove poświęcił ponad rok na podjęcie decyzji technicznych i zaprojektowanie scenografii. Guillaume Gallienne, zdobywca Cezara, który spędził 11 lat w obsadzie Comédie-Française, uwielbia opowiadać w wywiadach o długich dyskusjach prowadzonych z reżyserem, które jednak bardzo rzadko zahaczały o psychologię postaci.

„Wskazówki sceniczne, związek między wideo a muzyką – wszystko to jest drobiazgowo zaplanowane, jakbyśmy byli w operze”, mówi. „Nigdy tak naprawdę nie rozmawiamy o postaciach w kontekście psychologii albo ludzkich motywów. Ivo radzi nam, byśmy zamiast tego dali się ponieść scenariuszowi...”. Wszystko jasne.

W rezultacie krytycy docenili profesjonalizm aktorów (tak, przygotowanie sztuki w trzy tygodnie to imponujący wyczyn) i bogactwo spektaklu (efekty specjalne, muzyka na żywo, bezbłędna praca kamer) i... niewiele więcej. Nawet najwięksi entuzjaści nie mogli nie zauważyć powściągliwej reakcji publiczności, która długo ociągała się z aplauzem. Owszem, Przeklęci to dobry teatr, ale raczej nijaki. Uznany krytyk teatralny, Jacques Nerson, doskonale opisał spektakl w podsumowaniu festiwalu: „Sztuka w żaden sposób mnie nie poruszyła, ani na chwilę nie udało jej się wciągnąć mnie do swojego świata”. Podziwiamy, zachwycamy się, ale wcale nas to nie rusza. Szokuje, być może, ale nie porusza. Van Hove stał się więźniem fascynujących, ale płytkich pomysłów.

Co ciekawe, w sztuce Artura Adamova Wszyscy przeciwko wszystkim z 1952 roku, wyreżyserowanej przez Alaina Timára, nie ma ekranu, nie zostajemy zaskoczeni nagością ani tabu, które trzeba złamać. Publiczność dostrzega siłę zespołu teatralnego, a nie efektów specjalnych. Na scenie jest dziewięciu mężczyzn i sześć kobiet. Wymieniają się rolami, śpiewają, obwieszczają decyzje rządu, który równie dobrze mógłby być naszym prawodawcą – a może już tak się stało? To są prawdziwe efekty specjalne: magia aktorów, ich ruchy i śpiew skoordynowany co do ułamka sekundy, moc, którą wkładają w każdą wypowiadaną kwestię płynącą od nich aż do widza. Aktorów jest piętnastu, ale wszyscy mówią jednym głosem, tworzą jeden tekst sztuki, jeden spektakl. Jak mówi Timár: „Głosy i ruchy aktorów, muzyka, a nawet scenografia są częścią tego samego scenariusza. Nazywam to <<realizmem politycznym i symbolicznym>>”.

Powrót do istoty teatru

Kostiumy leżą na ziemi w jednej linii. Podobnie jak w Przeklętych nikt nie opuszcza sceny, a aktorzy przebierają się przed publicznością. Ale w miejsce błyszczących rekwizytów pojawiła się surowość i prostota. Trzy kolory wyróżniają trzy kasty, do których należą bohaterowie. Dwa style: proste włóczkowe ubranie oznacza ubóstwo, bogatszych charakteryzuje inny, bardziej wyrafinowany strój. Płaszcze z czerwonym znakiem są przeznaczone dla uchodźców, a robotnicy noszą kombinezony. Stojący w półmroku aktorzy pomagają sobie nawzajem się ubrać. W sali rozbrzmiewa doskonała muzyka na żywo w wykonaniu młodego koreańskiego perkusisty Younga Suka. Nie pada ani jedno słowo, ale wszystko jest jasne.

Gdy cichnie ostatnia nuta, dostrzegamy grupę aktorów stojących na krawędziach białego kwadratowego płótna. Chórem opisują otoczenie, wymieniają imiona postaci i zapowiadają, kto pojawi się na scenie. Gdy padnie ich imię, robią krok naprzód. Poza białą sceną pozostają neutralni – są aktorami, nie do końca sobą i nie do końca kimś innym. Stanowią tylko wsparcie – to głosy, które na chwilę milkną. Na moment przed tym, gdy mają odpowiedzieć, w ich ciałach zachodzi przemiana i wchodzą w rolę: zrozpaczony Jean osuwa się na ziemię, Marie ze wstydem zwiesza głowę, pochylona Matka powoli kuśtyka. Po kolei wchodzą w środek białego kwadratu, gdzie nagle widzimy meble stojące w pokoju lub mury na ulicy miasta – wiemy, gdzie jesteśmy, choć nikt nam tego nie powiedział.

 

Tak niewiele a tak wiele

Pewne słowa oczywiście rozbrzmiewają – uchodźcy, obozy, egzekucje – ale jeszcze nikt nie zaczął strzelać, przynajmniej na razie. W Przeklętych boleśnie odczuwalny jest brak finezji. Sztukę niepotrzebnie zamykają chaotyczne strzały wymierzone w publiczność – na wypadek, gdyby ktoś jeszcze nie zrozumiał paraleli między nazizmem a dzisiejszymi masakrami. Dla odmiany Timár ma o wiele więcej wiary w publiczność, ale również w tekst sztuki i aktorów. Wspomniane obozy to już nie tylko ślady wojny z minionego wieku. One istnieją także dziś, a my sami pomagamy je wznosić albo odwracamy wzrok. To obozy pełne ludzi, których nie chcemy przyjąć do siebie i wolimy, aby zeszli nam z oczu, bo wtedy nie będziemy musieli o nich myśleć.

Jean i Zenno grają rolę katów, potem ofiar i jeszcze raz katów. Niosą śmierć i sami się jej obawiają. Nie są obcymi z dalekich krajów. Ich twarze są białe. Ich absurdalne położenie przypomina naszą sytuację. Zamykamy oczy i granice dla uchodźców, których życie jest w niebezpieczeństwie, zamykamy ich w obozach, obserwując ich każdy ruch, jakby nam również coś groziło. Niezależnie od płci, religii czy dochodu, wszyscy jesteśmy potencjalnymi ofiarami. Nagle jesteśmy sami, wszyscy przeciwko wszystkim, a jedność – nawet wewnątrz narodu – zdaje się bardzo odległa.

Sztuka jest długa, ale nie daje się tego odczuć, ponieważ mimo prostoty tekstu porównywalnej do Przeklętych, widz potrzebuje czasu, aby przetrawić to, co dzieje się na scenie. Taki tekst nie potrzebuje żadnych fajerwerków. To rodzaj sztuki, która ociera się o geniusz, jeśli tylko podejdzie się do niej z szacunkiem. W filmie Zmierzch bogów, na podstawie którego powstał scenariusz Przeklętych, reżyser Luchino Visconti wykorzystał powiększone obrazy, aby stworzyć coś wzniosłego. Timár powraca do teatru pierwotnego w poszukiwaniu greckiego katharsis, które pozwala publiczności wykrzyczeć swoje najgłębsze lęki. Van Hove natomiast miota się między jednym a drugim, tworząc w rezultacie obraz. To wyjątkowe tableau namalowane przy użyciu najwspanialszych farb olejnych i pędzli, ale jego miejsce nie jest na scenie, lecz na ścianie w galerii.

Po zakończeniu sztuki Wszyscy przeciwko przystkim w oczach każdego widza można było dostrzec łzy. Publiczność zerwała się z siedzeń, a wśród aplauzu słychać było okrzyki „brawo!”. Widzów zachwyciła mocna wymowa sztuki, siła aktorów i scenarzystów, którzy potrzebowali tak niewiele, by stworzyć tak wiele. Nie dokonał tego Van Hove, który mając tak wiele, nie stworzył niczego.