Azerbejdżan: mój ,,debiut” na czarnej liście  

Artykuł opublikowany 25 lutego 2016
Artykuł opublikowany 25 lutego 2016

[Opinia] ,,Pod koniec 2015 roku ambasada Azerbejdżanu wpisała mnie na specjalną «czarną listę», na której znajdują się persone non grate, czyli dziennikarze i przedstawiciele włoskiej kultury, którzy mają zakaz wstępu na terytorium państwa Kaukazu. To historia, która nauczyła mnie wiele na temat naszej odpowiedzialności jako obywateli i że prawdziwe ofiary są inne niż myślimy". Świadectwo.

 Listopad 2015. Ambasada Azerbejdżanu w Rzymie publikuje black list: czarną listę osób niepożądanych w Republice Azerbejdżanu. Na tej liście znajdują się nazwiska obywateli Włoch, którzy mają zakaz wstępu do Azerbejdżanu przez kolejnych 5 lat. Jest tam też moje nazwisko. Oficjalny powód: dostałem się na terytorium Górnego Karabachu – niezależnej Republiki, którą Baku ciągle uważa za swój teren – bez wizy i z naruszeniem suwerenności Azerbejdżanu. Ale być może historia potoczyła się zupełnie inaczej.   

Sens zachowania proporcji

Mam gorzki zaszczyt znaleźć się na tej liście jako najmłodszy dziennikarz, obok artystów, aktorów, przedstawicieli świata kultury i mediów. Prawdopodobnie znalazłem się tam z powodu tego, co napisałem. Mój ,,zawiniony” artykuł został opublikowany przez East Journal , który we włoskiej galaktyce informacji jest małym magazynem, projektem zainicjowanym i tworzonym tylko i wyłącznie przez autentyczną pasję niektórych wolontariuszy i sieć korespondentów.   

Ja, student, na wstydliwej czarnej liście jestem tylko małą rybką (prawdopodobnie najmniejszą), która nie ma wyrobionego nazwiska ani sławy porównywalnej do pozostałych persone non grate. Moim zdaniem ten mały szczegół sprawia, że cała ta historia wydaje się jeszcze bardziej niepokojąca. Jak podsumowuje dyrektor East Journal: ,,Jeśli nawet tak niewielki i tak mało znaczący magazyn jak nasz jest na celowniku azerbedżańskiej cenzury, to znaczy, że w Baku stracili zupełnie poczucie proporcji. I kiedy tracimy poczucie umiaru, cenzura staje się paranoją, zakaz psychozą a autokracja barbarzyństwem”. 

Paradoksalnie, mój artykuł, który opowiada o czystce etnicznej dokonanej przez oddział armeński podczas konfliktu w Górskim Karabachu (pomiędzy Azerbejdżanem a Amenią), mógłby równie dobrze stać się powodem do roszczeń ze strony Azerbejdżanu w stosunku do Armenii. Fakt, że raczkujący dziennikarz został skazany na ,,ostracyzm" za napisanie artykułu ocenionego jako ,,pro - azerbejdżański” i opublikowanego przez niszowy magazyn, wskazuje na powszechny sposób, z jakim ten reżim postępuje z osobami, które nie zgadzają się z jego polityką. Z pewnością dzięki eksportowi surowców energetycznych rząd Azerbejdżanu może liczyć na bezkarność ze strony międzynarodowej opinii publicznej. 

Prawdziwy powód

Osobiście mogłem się przekonać jak oficjalny powód ,,dostania się na tertorium Azerbejdżanu bez wizy”, był tylko pretekstem, aby uderzyć w pracowników ds. kultury i informacji. Jak można przeczytać w podpisach pod zdjęciami, zostały one zrobione przez moją siostrę. Znajdowałem się na terytorium Górskiego Karabachu, z oficjalną wizą otrzymaną przez ambasadę z siedzibą w Erywaniu w Armenii (co jest jedynym sposobem na dostanie się do tej małej Republiki).

W pierwszym zawiadomieniu, jakie otrzymałem, była mowa również o mojej siostrze, wspólniczce w moim przypuszczalnym nadużyciu na terytorium Azerbejdżanu. Wynika z tego, że Ambasada wiedziała o tym, że również moja siostra popełniła to samo nielegalne wykroczenie, przypisane mnie. Jednakże jej dane nie widnieją na liście osób niepożądanych: tak więc z pewnością nie był to prawdziwy powód do wpisania mnie na ,,czarną listę". 

Skryta normalizacja 

 Ta trudna sytuacja spowodowała, że zapragnąłem zasięgnąć więcej informacji na temat Azerbejdżanu i to nie tylko z artykułów gazety, z którą współpracowałem, czy czasopism specjalistycznych. Te poszukiwania pozwoliły mi odkryć, że były burmistrz mojego regionu i były parlamentarzysta europejski, był zaangażowany w operację normalizacji (skierowaną w stronę niedoinformowanej ludności z Kaukazu) w celu zaprezentowania Azerbejdżanu jako ,,konkretnego przykładu na pokojowe współżycie pomiędzy różnymi narodami i religiami". 

Szukając dalej, odkryłem, że ten sam europarlamentarzysta, wybrany w moim okręgu wyborczym, zaangażował się w inne operacje ,,ulepszania” krajów nieliberalnych, jak np. w tę związaną z koloniami izraelskimi w Shomron. Uświadomienie sobie, że wybrany przez obywateli polityk wciągnął się – o czym nie wiedziałem - w tego typu akcje, przypomniało mi, jak ważne jest obserwowanie działań naszych reprezentantów. Przede wszystkim jeśli pozycja, którą zajmują, pozwala im na przedstawienie stronniczych interpretacji, które odnoszą się do rzeczywistości nam odległej. Tak odległej jak prawdy historyczne.

I to właśnie z tych powodów nadrzędna znaczenie ma informowanie siebie (i innych) o tym, co dzieje się w nieliberalnych państwach, a szczególnie, gdy mają one solidne stosunki ekonomiczne z Unią Europejską. Bardzo ważne jest, aby dać głos międzynarodowej opinii publicznej, składającej się z organizacji pozarządowych, stowarzyszeń i pojedynczych osób, ponieważ jest to jedyna skuteczna forma presji, którą może wywierać globalna opinia publiczna.

Prawdziwe ofiary

Jak widać, piętno czarnej listy nie jest przyjemne. Szczególnie dla kogoś, kto jak mój kolega Simone Zoppellaro z East Journal i Osservatorio Balcani, jest bezustannie atakowany przez azerbejdżańską prasę. Ale my nie jesteśmy bohaterami ani też nie zrobiliśmy nic szczególnego, jak mogłaby dać do myślenia ta nietolerancyjna reakcja. Ja byłem tylko na wakacjach w niezwykłym miejscu i chciałem opowiedzieć pewną historię. Tak po prostu. Na szczęście znajdujemy się w sytuacji, w której możemy sobie pozwolić na ironię w stosunku do dogmatyzu stalinowskiego i sytuacji rodem z Kafki, od których my się już odzwyczailiśmy. 

 

Jednak jeśli Baku może tak reagować w stosunku do zagranicznych dziennikarzy, sytuacja obywateli, którzy nie uginają się pod azerbejdżańskim reżimem, kierowanym nieprzerwanie od 1993 roku przez rodzinę Aliyewów, musi być naprawdę zła. Niewiele jest czasopism, które wnoszą skargi na bezzasadną przemoc i bezkarne złe traktowanie wobec dziennikarzy azerbejdżanskich. Myślę, że to w ich kierunku powinna iść nasza solidarność. To ich praca jest niebezpieczna; to oni marnują się w więzieniach lub żyją w ciągłym terrorze, tylko dlatego, że zdecydowali się mówić o czymś, czego nie akceptują organy rządowe. Chciałbym, aby ta okazja stała się momentem wywarcia presji na władzę, lub chociaż do opowiedzenia historii ludzi, którzy z powodu autokratów i oligarchów gazowych i ropnych, są zmuszeni żyć w strachu. Każdego dnia.

_

Simone Benazzo jest członkiem lokalnej redakcji cafébabel w Turynie.