Belgijski kryzys oczami Flamandki i frankofona

Artykuł opublikowany 3 maja 2010
Artykuł opublikowany 3 maja 2010
Belgia idzie na dno. Od 22 kwietnia niektórzy obserwatorzy nie wahają się zakwalifikować tamtejszego kryzysu politycznego jako głębokiego kryzysu władzy i przewidywać, że Królestwo Belgii, monarchia parlamentarna i państwo federalne, może nie przetrwać. Czy kraj nizin ma jeszcze szanse, czy ma sens? Punkt widzenia dwójki młodych Belgów, Flamandki i frankofona.

Dla niej napięcia między strionami flamandzka i frankofońską mają charakter przede wszystkim pokoleniowyMarian Cramers jest studentką politologii na KUL, Uniwersytecie w Louvain, głównym ośrodku we flamandzkiej prowincji Brabant. Dla niej belgijski kryzys przybrał niezrozumiałe rozmiary: „To problem konstytucyjny, – wyjaśnia – a więc musi zostać rozwiązany. Nikt nie zamierza umierać za Bruxelles-Hal-Vilvorde, – tłumaczy – nikt nie traci pracy z powodu Bruxelles-Hal-Vilvorde [region wyborczy i administracyjny - patrz koniec tekstu], a mimo to rząd stał się zakładnikiem tej sytuacji”.

Jamil Soltani jest z Brukseli. Studiuje politologię na lokalnym Wolnym Uniwersytecie [l’Université Libre]. Podziela on zdanie Marian: „To, co się dzieje jest całkowicie oderwane od codziennych realiów i problemów zwykłych ludzi. To problem stricte polityczny”. Młody frankofon oskarża polityków: „Ten kryzys nie jest niczym nowym. Na każdy problem jest rozwiązanie, trzeba je jedynie chcieć znaleźć”. Marian proponuje jeszcze inne wytłumaczenie: „Kryzys przybrał takie rozmiary, ponieważ rząd może sobie na to pozwolić – większa część jego kompetencji została przekazane władzy regionalnej i europejskiej”. Dziewczyna stwierdza również, że problem BHV powinien być powierzony komisji, która nie miałaby żadnego wpływu na federalny rząd. Jamil dodaje: „W całym zamieszaniu widać ślady rozgrywki wyborczej. Rozwiązanie problemu oznaczyłoby zniesienie głównego powodu do istnienia FDF (Fédéral Démocrate Francophone)”. Podobne pobudki kierują stroną flamandzką: co do motywacji politycznego projektu Alexandre De Croo zmierzającego do stania się „lepszym Flamandem” Jamil nie ma żadnych wątpliwości. 

Niechciana spuścizna

Do przeczytania [francuski i włoski]: Alexandre de Croo, grabaż belgijskiego rządu

O ile obydwoje rozmówcy dobrze rozumieją problem, jaki stanowi prowincja Bruxelles-Hal-Vilvorde, wiedzą jednak, że dla wielu rodaków nie jest on tak jasny. „Wielu ludzi nie rozumie, co się dzieje – wyjaśnia Marian – i wcale się specjalnie nie wysila, by to zmienić. Ci natomiast, którzy rozumieją, mają to gdzieś”. Studentka wyjawia jednocześnie, że we Flandrii istnieje pewna pokoleniowa przepaść: „Nasi rodzice, nasi dziadkowie, którzy doświadczyli traumatyzmu okresu przed federacją, kiedy to szkoły były frankofońskie, i którzy przeżyli zmianę sytuacji, chcą ją dokończyć. Ale najmłodsi w ogóle nie widzą problemu. Żyją w Belgii tu i teraz, w takiej, jaką znają”. Jamil twierdzi, że ta przepaść nie istnieje wśród frankofonów W Brukseli. Większość społeczności nie widzi większego problemu. 

Obcy rodacy

BHV - belgijska bolączkaJednak dwoje rozmówców nie zgadza się co do jednej kwestii – wagi dwujęzyczności. Przy okazji aktualnego kryzysu świat odkrywa Belgię podzieloną jak nigdy. Ku powszechnemu zdziwieniu, kraj okazuje się nie być dwujęzyczny. Nawet jeśli w pewnych regionach mieszkańcy mówią w dwóch językach, zazwyczaj jeden z nich znają lepiej. Marian dodaje: „na pewno pomogłoby gdyby Belgi była dwujęzyczna, nawet jeśli nie byłoby to magiczne rowiązanie, ponieważ część społeczeństwa nie jest gotowa na taką zmianę. Dla mnie najlepszym systemem dla Belgii jest unitaryzm”. Obydwoje studentów wyznaje jednak, że rzadko odwiedza region drugiej społeczności, „nawet jeśli mam wielu flamandzkich znajomych” – wyjaśnia Jamil. Zresztą Marian, pochodząca z flamandzkiego obszaru kraju, czuje się czasem jak cudzoziemiec w swojej własnej stolicy. „Kiedyś pewien sprzedawca na ulicy chciał mi sprzedać bibeloty, a ponieważ mu nie odpowiadałam, zapytał, czy jestem turystką. Przez moment naprawdę miałam ochotę mu odpowiedzieć, że tak”. Prawdą jest jednak, że generacja Erasmusa jest bardziej otwarta niż poprzednia, nawet jeśli „wciąż brakuje nam platformy do spotkania się”.

Splamiona prezydencja

Marian Crames, specjalistka od studiów europejskich, jest bardzo zawiedziona, że rządowy kryzys pojawił się na dwa miesiące przed belgijski prezydencją w Radzie Europejskiej. „Byłam jakiś czas temu na konferencji z udziałem młodych ludzi odnośnie belgijskiej prezydencji. Panowała euforia: mieliśmy nie tylko prezydenta HermanVan Rompuy, ale i prezydencję narodową i to z tej samej partii. Wierzyliśmy, że przez te sześć miesięcy panować będzie prawdziwa, koherentna polityka europejska. Tyle mogliśmy osiągnąć! Teraz ten entuzjazm wygasł. Wybory będą miały miejsca prawdopodobnie na początku czerwca. Powinniśmy mieć nowy rząd 1 lipca, ale to już nie będzie to samo”. 

BHV bolączką Belgii

BHV jest regionem wyborczym i administracyjnym równie starym co sama Belgia, ale od lat 60. stał się wyjątkiem na skalę kraju. Wtedy to okręgi wyborcze zostały oznaczone na bazie terytoriów prowincji. BHV jest podzielony na dwie (Bruksela i flamandzki Brabant) i dwa regiony (Region Bruksela-Stolica i Region Flamandzki). Aby chronić mniejszość francuskojęzyczną brukselskich peryferii, jak również z powodu niemożności osiągnięcia konsensu, BHV nie dotknęła reforma okręgów wyborczych. W 2003 r. Trybunał konstytucyjny ogłosił, że jest to niezgodne z konstytucją. We Flandrii interpretacja tej decyzji jest prosta: powinno się rozdzielić Brukselę i Hal-Vilvorde. Według frankofonów istnieją inne wyjścia: mówi się o powiększeniu obszaru Brukseli. To na tym problemie belgijski rząd połamał sobie zęby. To dlatego być może dojdzie do wyborów, które mogą być uznane za sprzeczne z konstytucją, jako że statut BHV wciąż pozostaje niezmieniony.

Zdj.: ©Zoé de York; flamandzka manifestacja: ©_Sender_/Flickr