Bigott: dandys dobrze zamaskowany 

Artykuł opublikowany 18 grudnia 2013
Artykuł opublikowany 18 grudnia 2013

Spo­ty­ka­my się z Borją Laudo, zna­nym także jako Bi­gott. Borja jest ka­ba­re­cia­rzem i mu­zy­kiem indie. Eks­ce­sy, życie punka i be­at­ni­ka – tak po krót­ce można opi­sać Bi­got­ta. Najpierw wi­ze­ru­nek, póź­niej mu­zy­ka. Re­la­cja z krót­kie­go i trud­ne­go wy­wia­du – nigdy nie wia­do­mo, kiedy Bi­gott żar­tu­je, a kiedy mówi po­waż­nie i czy jego broda nie jest przy­pad­kiem maską 

„Nie mam zbyt wiele do po­wie­dze­nia” – tymi sło­wa­mi Bi­gott roz­po­czy­na naszą krót­ką po­ga­dan­kę, która od­by­wa się go­dzi­nę przed jego dru­gim kon­cer­tem w Pa­ry­żu. Borja jest mu­zy­kiem, który mie­sza styl indie z fol­kiem i cha­otycz­nym pun­kiem. Taka de­fi­ni­cja just aż na­zbyt ki­we­ci­sta, by opi­sać ar­ty­stę, do któ­re­go na­le­żą słowa: „każda przy­pi­sa­na ety­kiet­ka jest praw­dzi­wa. Tak na­praw­dę każdy z nas ma przy­naj­mniej jedną”. Bi­gott jest wła­śnie w tra­sie pro­mu­ją­cej jego nowy album Blue Jeans, na­gra­ny w samym środ­ku bra­zy­lij­skiej Ama­zo­nii. Fakt, że zde­cy­do­wał się na takie, a nie inne stu­dio na­gra­nio­we mówi nam rów­nie dużo o oso­bo­wi­ści ar­ty­sty. Czas spę­dzo­ny w dżun­gli wspo­mi­na jako „bar­dzo mu drogą pa­ra­no­ję”, do­da­jąc, że po głęb­szym za­sta­no­wie­niu, nie jest pe­wien, czy było warto. „To było pięk­ne do­świad­cze­nie. Przy­je­cha­li­śmy z pu­sty­mi rę­ka­mi, bez stu­dia na­grań, żad­nych wzmac­nia­czy, bez ni­cze­go. Na­gra­li­smy album bez skom­pli­ko­wa­nych urzą­dzeń w domu, który wy­naj­mo­wa­li­smy. Był tam stary for­te­pian” - wspo­mi­na. Tak na­praw­dę po od­słu­cha­niu płyty można rzec, że zo­sta­ła ona na­gra­na w ja­kim­kol­wiek innym miej­scu, nie­ko­niecz­nie w sercu dzi­czy. Na temat po­wsta­wa­nia płyty Bi­gott mówi: „Wszyst­ko jest czę­ścią per­fek­cyj­nej mi­sty­fi­ka­cji stwo­rzo­nej w ten spo­sób, żeby lu­dzie do­ma­ga­li się szcze­gó­łów. W prze­ciw­nym razie o czym byśmy roz­ma­wia­li? Ja sam nie mam nic do po­wie­dze­nia, ani do opo­wie­dze­nia”. 

Tak na­praw­dę je­stem bar­dzo wraż­li­wy

Bi­gott to bez wąt­pie­nia typ szcze­gól­ny. Można od­nieść wra­że­nie, że nie in­te­re­su­je go to, co lu­dzie myślą na jego temat, na temat jego wy­glą­du, czy też mu­zy­ki. „Jak dla mnie lu­dzie, któ­rzy na mnie pa­trzą mogą my­śleć co­kol­wiek: że wy­glą­dam jak ulicz­ny klo­szard, że bra­łem nar­ko­ty­ki i krad­nę. Gdy­bym się tym przej­mo­wał, do­stał­bym ataku pa­ni­ki” - mówi bez­tro­sko. Bi­got­to­wi nie po­trze­ba wiele, by ob­ró­cić wszyst­ko w żart. Nigdy do końca nie wiem, czy mówi po­waż­nie, czy sobie ze mnie żar­tu­je. Pod­czas na­szej roz­mo­wy zda­rza mu się bek­nąć, żar­to­wać z fo­to­gra­fem, bawić się moim te­le­fo­nem. Nie wiem, czy stoi przede mną uzdol­nio­ny mu­zycz­nie chło­pak z Sa­ra­gos­sy, czy praw­dzi­wy Dean Mo­riar­ty. Do nie­daw­na nie ro­zu­miał po­ję­cia hip­ster. Gdy się do­wie­dział – nie zro­bi­ło to na nim wiel­kie­go wra­że­nia. „Kilka dni temu od­kry­łem co to zna­czy hip­ster” – mówi, do­da­jąc, że - „to nic no­we­go – ta po­stać ist­nie­je od lat, od cza­sów po­ko­le­nia be­at­ni­ków. Wy­star­czy po­my­śleć o lu­dziach, który lu­bi­li się na­ćpać, lub cze­goś napić - tacy lu­dzie ist­nie­ją od za­wsze”.

Można od­nieść wra­że­nie, że Bi­gott chce za wszel­ką cenę wy­wo­łać zgor­sze­nie u roz­mów­cy. Jego wy­po­wie­dzi są nie­spój­ne. „Nie miał­bym nic prze­ciw­ko parze ład­nych cyc­ków” - mówi, a jego pozy przed ka­me­rą za­czy­na­ją być bar­dzo dzi­wacz­ne. Na­ma­wia do za­ba­wy za­miast uczest­ni­czyć w wy­wia­dzie. Przy­zna­je, że chciał­by na­grać płytę czy­sto pun­ko­wą, że jego in­spi­ra­cje mu­zycz­ne bar­dzo się ostat­ni­mi czasy zmie­ni­ły. Nie wie­rzy do końca w to, co sam mówi, bo punk nie wpi­su­je się mu­zycz­ny świat, który swto­rzył. „Może przy oka­zji na­gry­wa­nia nowej płyty przy­bio­rę pun­ko­wy styl. Z dru­giej stro­ny nie jest to moż­li­we, bo tak na­praw­dę mam wy­bor­ne i ele­ganc­kie po­czu­cie stylu. Wiem, że nie spra­wiam ta­kie­go wra­że­nia, ale na­praw­dę je­stem dan­dy­sem, nie­za­leż­nie od faktu, że bli­ski jest mi styl indie, hip­ster i psy­cho. Noszę prze­klę­tą maskę, ale w głębi duszy po­zo­sta­ję dan­dy­sem. Tak zo­sta­łem wy­cho­wa­ny i nic na to nie po­ra­dzę. Mam wal­czyć z wła­sny­mi ge­na­mi? To nie­moż­li­we. Przy­naj­mniej tak mi raz po­wie­dział Pun­set we śnie” - tłu­ma­czy ze znaw­stwem.

Sam sie­bie wy­pro­wa­dzam z rów­no­wa­gi

Na roz­mo­wę, zde­ma­sko­wa­nie po­sta­ci i próbę wy­cią­gnię­cia choć­by ka­wał­ka rze­czy­wi­sto­ści z sza­leń­stwa, jakim jest Bigot, mamy je­dy­nie 30 minut. Ar­ty­sta nie słu­cha swo­ich utwo­rów i nie chce wie­dzieć jak one brzmią. Czy jest więc prze­ciw­ni­kiem mu­zy­ki? A może jest fał­szy­wie skrom­ny? To ko­lej­ne py­ta­nia, na które nie po­tra­fię od­po­wie­dzieć. „ Nie od­słu­chu­ję utwo­rów po ich na­gra­niu, a kiedy je­stem na kon­cer­cie, sta­ram się odejść kilka kro­ków dalej, bo nie lubię słu­chać mojej mu­zy­ki. Nie cier­pię sie­bie i sam sie­bie draż­nię. W moim domu nie ma lu­ster, bo kiedy widzę wła­sne od­bi­cie, myślę: O matko coś Ty ze sobą zro­bił? Byłeś taki pięk­ny i wy­twor­ny - stra­ci­łeś głowę! Kie­dyś stu­dio­wa­łeś, cho­dzi­łeś na uni­wer­sy­tet. To wszyst­ko nie ma już jed­nak zna­cze­nia, bo przy­szło­ści nie ma! No fu­tu­re! To jest wła­śnie punk!”. Przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji za­czy­na roz­mo­wę o mu­zy­ce punk, o skó­rza­nej kurt­ce i ob­ci­słych spodniach. Trud­no w to wszyst­ko uwie­rzyć. Tak na­praw­dę Bi­gott ostat­nio słu­chał z przy­jem­no­ścią Sonny and the Sun­sets, które z pew­no­ścią nie są Nacho Vegas.

Po­mi­mo tych sprzecz­no­ści jego mu­zy­ka żyje, an­ga­żu­je pu­blicz­ność i jest uzna­wa­na za przy­jem­ną, nie­wż­ne, czy skła­nia się w danym mo­men­cie ku brzmie­niu indie, folk, czy rock'n'roll. Sam Bigot po­zo­sta­je jed­nak zbit­ką pa­ra­dok­sów. Na uwagę, że brzmi jak John­ny Cash, od­po­wia­da, że „za­miast kawy pije her­ba­tę or­ga­nicz­ną”. Krót­ko i bar­dzo na temat.