„Bombay”: wgryź się w ich nowy album

Artykuł opublikowany 27 kwietnia 2016
Artykuł opublikowany 27 kwietnia 2016

Bezpośredniość" - oto słowo, które przychodzi na myśl po wysłuchaniu drugiego albumu holenderskiej grupy Bombay. Płyta Show Your Teeth przede wszystkim ukazuje szerszej publiczności zespół, którego członkowie przez długi czas swej tożsamości szukali w metamorfozach i eksperymentach muzycznych. A jak się do tego ma pastis Ricard? Wywiad z Mathiasem Janmaatem, wokalistą o dużym apetycie.

Cafébabel: Czy za tytułem nowego albumu Show Your Teeth kryje się jakieś przesłanie?

Bombay: To przesłanie dość osobiste. Jest powtórzeniem zdania otwierającego album: „C’mon baby show your teeth”. Odzwierciedla mniej więcej stan ducha, w jakim się znajdowałem, kiedy nagraliśmy płytę. Kiedy powstawała płyta, zespół przeszedł dużą zmianę  – odeszła perkusistka, z którą założyłem zespół (początkowo Bombay Show Pig, przyp. red.). Zrobiła to z hukiem i atmosfera była wtedy dość napięta.

Cafébabel: Miało to wpływ na ten album?

Bombay: Zdecydowanie. W pewnym momencie czułem się trochę zagubiony. Nie rozumiałem tego, co działo się wokół. Napisaliśmy wiele kawałków, które wylądowały w koszu, bo były po prostu bez sensu. Zanim powstał Show Your Teeth, stworzyliśmy materiał na trzy płyty. Spędziliśmy wiele czasu na testowaniu różnego sprzętu, poszukiwaniu nowych dźwięków i samych siebie. Wcześniej graliśmy na wielu instrumentach - smyczkowych, blaszanych - które naszym zdaniem były funky. Jednak tym razem zdecydowaliśmy się na powrót do klasyki. Właśnie dlatego istnieje prawdopodobieństwo, że drugi album może brzmieć zupełnie inaczej niż pierwszy.

Cafébabel: Czy według ciebie mimo zmian nadal jesteście tym samym zespołem?

Bombay: Wykorzystaliśmy elementy pierwszego albumu do stworzenia kolejnego, co daje pewnego rodzaju kontynuację. Czasami podczas koncertów wykonujemy też utwory z poprzedniej płyty. Jednak to prawda, że z wieloma dawnymi utworami już się nie utożsamiamy. 

Bombay: „Slow Motion”

Nasz zespół narodził się z różnorodnych konfiguracji. Stworzyłem dwa albumy z dwoma różnymi zespołami. To tak, jakbyśmy ciągle poszukiwali właściwego składu. Dzisiaj mam jednak wrażenie, że w końcu go znaleźliśmy i mam nadzieję, że nagramy wspólnie kolejną płytę.

Cafébabel: Odpowiada Ci Twoja obecna pozycja frontmana?

Bombay: Raczej tak. Zawsze pisałem piosenki dla zespołu, ale nie zawsze śpiewałem. Teraz podejmuję się i tej ostatniej roli.

Cafébabel: Holenderski rock zdaję się podbijać zagraniczny rynek muzyczny, skąd ta ewolucja?

Bombay: Wiele rodzimych zespołów już od jakiegoś czasu działa za granicą. Po zdobyciu popularności w Holandii, postanowili spróbować szczęścia gdzie indziej. Grupy takie jak Mozes and the Firstborns Jacco Gardner zostali dobrze przyjęci przez amerykańską publiczność. Kiedy jakiś zespół da się poznać w Stanach i mówi się o nim na portalu Pitchfork, jest mu znacznie łatwiej zaistnieć we Francji czy w Niemczech. O zespole Skip and Die też było głośno. Pokaźnej grupie artystów pozwoliło to na wyjście z cienia.

Cafébabel: Nie pochodzisz z Amsterdamu. Czego muzycy szukają w stolicy Holandii?

Bombay: Na początku? Miejsca do grania. W Amsterdamie jest mnóstwo scen, na których mogą występować artyści. To, co mi się podoba to fakt, że nie liczy się tu popularność, zawsze znajdziesz publiczność, przed którą możesz zagrać. Czy to w małym barze czy w słynnym Paradiso.

Cafébabel: Co twoim zdaniem czyni Amsterdam wyjątkowym?

Bombay: Amsterdam to największe miasto Holandii, jednak wszędzie jest blisko. Rowerem dotrzesz w każde miejsce w mniej niż pół godziny. To wyjątkowo praktyczne miasto. Wcześniej mieszkałem w modnej dzielnicy Jordaan, obecnie przenoszę się do południowo-wschodniej części miasta. Jest tam odrobinę taniej. W okolicy mieszka sporo artystów, a w piwnicach wielu hoteli działają muzyczne studia nagraniowe. Może to zbrzmieć sztampowo, ale Amsterdam stał się swego rodzaju tyglem kulturowym. 

Cafébabel: Amsterdam staje się coraz bardziej modny?

Bombay: Być może nie jest to wyjątkowo oryginalne, ale w wielu zabytkowych dzielnicach mista otwiera się coraz więcej modnych kafejek. Możliwe, że z czasem nam się to znudzi, ale jak na razie niektóre z nich są naprawdę fajne. Na mojej ulicy otworzyło się właśnie undergroundowe kino. Wyświetlane są niezależne, prawie nieznane filmy. Oprócz tego, że jest tanio, po wielu filmach można wziąć udział w debacie. To super miejsce, które jest częścią życia dzielnicy. Kiedyś były tylko kebaby. Stary, może ze trzydzieści obok siebie! Zawsze się zastanawiałem, jak są w stanie się utrzymać. Może jakoś między sobą się dogadali.

Cafébabel: Czy przeważa jakaś narodowość?

Bombay: Jest ich bardzo wiele. Widzi się sporo Turków i Egipcjan. Amsterdam jest miastem raczej wielokulturowym. Przez dość długi czas mieszkałem w północnej części miasta, gdzie żyją ludzie wielu narodowości. Po przekroczeniu rzeki IJ na północy, zauważysz, że w tej części miasta prowadzonych jest wiele prac. Budowany jest ogromny blok i autostrada, dzięki której do miasta będzie można dojechać w kilka minut. To sprawi, że społeczeństwo stanie się jeszcze bardziej różnorodne.

Cafébabel: Zmieniając temat - słyszałem, że członkowie zespołu są fanami pastisu Ricard? Kiedy mieliście okazję spróbować go po raz pierwszy?

Bombay: To prawda! Po jutrzejszym koncercie w Hollandii każdy dostanie po kieliszku – Holendrzy muszą go poznać (śmiech). Lubimy Ricarda, bo zafascynował nas cały rytuał picia pastisu. Sam trunek odkryliśmy trochę przez przypadek, w trakcie tournée gdzieś w środkowej Francji. Później zauważyliśmy, że przed każdym koncertem ludzie pili szklaneczkę pastisu w barze. To było dla nas coś nowego i intrygującego. Po takim aperitifie, możesz coś zjeść - to taki ciekawy francuski zwyczaj. Człowieniu, chyba bardzo poważnie traktujecie jedzenie? Nam to jednak bardzo odpowiada. U nas je się w pośpiechu i wraca do pracy. Spodobał nam się wasz styl życia