Bruksela: od źle zorganizowanego egzaminu po spektakl tragi-komiczny

Artykuł opublikowany 9 lutego 2012
Artykuł opublikowany 9 lutego 2012
Egzamin Jury Central jest wyjściem awaryjnym dla wszystkich chcących ponownie rozpocząć edukację szkolną lub otrzymać dyplom uznawany w Belgii za równoważny zdobytym w innych krajach.
Każdego roku Federacja Walonia-Bruksela (od maja 2011 roku tak nazywa się Ministerstwo Wspólnoty Francuskiej Belgii) organizuje sesje egzaminów, które dają szansę cudzoziemcom w kłopotach, powtarzającym rok, obiecującym artystom, młodym ludziom w skomplikowanej sytuacji rodzinnej oraz niepełnosprawnym. Przedstawiamy jak wygląda absurdalny i chaotyczny egzamin w stolicy Unii Europejskiej.

Październikowy poranek w siedzibie Jury Central de la Communauté Française. Nazwa jest równie imponująca jak budynek, w którym ma miejsce egzamin. Szklana fasada i czerwone cegły przywodzą na myśl nowoczesną wersję portowego magazynu. Ogromny, wystylizowany i pomalowany kogut, symbol Federacji Walonia-Bruksela obserwuje nas z góry plakatu powieszonego nad wejściem. Grupka młodych ludzi po prawej pali nerwowo, podczas gdy inni wolą usiąść w środku, w holu wejściowym lub wykorzystać czas na przeglądanie notatek. Czy to muzycy, którzy chcą ponownie rozpocząć studia, obcokrajowcy, którzy starają się zdobyć równoważne dokumenty czy powtarzający rok pochodzący z prywatnych, płatnych szkół - wszyscy przychodzą tutaj z jednego powodu: chcą stać się częścią belgijskiego systemu szkolnictwa.

Samowolna organizacja

Pierwszy egzamin rozpoczyna się z godzinnym opóźnieniem. Stu czterdziestu kandydatów rejestruje się na chwilę przed wejściem do sali imienia Artura Haulota, gdzie miejsce każdego uczestnika jest oznaczone numerem i zdjęciem. Zaczynamy! Pierwszy kwadrans spędzamy na korygowaniu błędów w tekstach, ale szczytowym momentem jest część matematyczna: strony są źle ponumerowane. Większość nauczycieli kontrolujących salę osiągnęła wiek emerytalny. Tyle samo kobiet co mężczyzn, którzy nie stracili chęci do nauczania i wracają niemal w komplecie na każdy egzamin. Podczas części ustnej z historii i języka francuskiego piętnaście grup nauczycieli pyta piętnastu uczniów, podczas gdy piętnastu innych przygotowuje swoje wypowiedzi. Wszystko dzieje się w tym samym pomieszczeniu. Rezultat: jest głośno i chaotycznie. Oceny z pierwszej sesji są ogłaszane dwa tygodnie później.

Miesiąc po otrzymaniu wyników, zakwalifikowani zgłaszają się pod ten sam adres, żeby wziąć udział w drugiej i ostatniej sesji, która rozpoczyna się egzaminem z przedmiotów ścisłych. Podczas rejestracji na liście jest tylko 30 nazwisk. Liczba nauczycieli zostaje jednak niezmieniona. W sali zjawia się więc tyle samo kontrolujących co kandydatów!

Błazenada nauczycieli

Podczas gdy uczniowie starają się rozgryźć czy aminokwasy są tłuszczami, białkami czy węglowodanami, sala Artura Haulota przekształca się w prawdziwą salę bankietową: jedni nauczyciele wchodzą, częstują się kawą i ciepło witają swoich kolegów, inni rozmawiają (głośniej lub ciszej), niektórzy wychodzą, żeby zaraz wrócić, a jeszcze inni reflektują na drugą kawę. Coś na kształt klubu rekreacyjnego trzeciego wieku. Wygląda na to, że dla kandydatów to trochę za dużo. Co więcej, gdy czas egzaminu niemal dobiega końca, niektórzy nauczyciele rozpoczynają sprawdzanie już zebranych prac.

Szczytowy moment farsy zostaje osiągnięty podczas egzaminu z chemii: zaczyna dzwonić telefon komórkowy jednego z nauczycieli. Taka sytuacja już miała miejsce, ale tym razem nikt nie odbiera. Być może z powodu nieobecności jego właściciela (może ma coś lepszego do roboty niż oglądanie trzydziestu młodych ludzi męczących się nad problemami stechiometrii), lub raczej wstydu – całkiem zrozumiałego, biorąc pod uwagę, że ustawiony dzwonek to... „Marsylianka”. Straszne... francuski hymn w świątyni belgijskiej frankofonii! Nikt nie odważy się go wyłączyć. Co więcej, zamiast dać najmniejszy wyraz patriotyzmu, wszyscy zaczynają się śmiać. Między kationem wodorowym i reakcją redoks, każdy ma prawo do podniosłej chwili ku chwale Francji.

Ostatnie egzaminy mają miejsce parę dni później i kończą się częścią ustną z pierwszego języka nowożytnego. Długie oczekiwanie pozwala zauważyć, że za każdym razem, kiedy nauczyciel wychodzi z sali imienia Artura Haulota, najpierw idzie do toalety, a dopiero później wzywa kandydata - i to nie podając jego imienia, lecz numer. Sala rejestracji staje się sceną przedziwnego spektaklu nauczycieli wychodzących z okrzykiem: „Number 14 please!”, „Le numéro 17!”, „Het nummer 25!”. I to z taką samą obojętnością, jaką okazywali podczas każdego egzaminu Jury Central. Nie zdając sobie z tego sprawy, zmniejszają powagę egzaminu dzięki któremu wielu młodych ludzi ma nadzieję znaleźć lepszą przyszłość w stolicy Europy.

Fot.: główna (cc) thekevinchang/flickr ; dumondedanslasalle sashamd/flickr ; powtórka z angielskiego velvettears/flickr