Bruksela: z „miasta dżihadystów" do „miasta duchów" (1/2)

Artykuł opublikowany 15 grudnia 2015
Artykuł opublikowany 15 grudnia 2015

W zaledwie kilka dni Bruksela z „europejskiej stolicy dżihadyzmu” przeistoczyła się w „wymarłe miasto”. Tamtejsza redakcja Cafébabel opisuje ponurą atmosferę, jaka panowała w stolicy Unii Europejskiej po jej niedawnym tymczasowym zamknięciu.

Położona w niedalekim sąsiedztwie Paryża Bruksela na swój sposób doświadczyła listopadowych ataków. Belgowie mogli z łatwością identyfikować się z tym, co miało miejsce we francuskiej stolicy: przemocą, jej bliskością oraz ofiarami, a także miejscami, które przecież sami znają. Ale nie tylko dlatego, bowiem cała Bruksela została sparaliżowana w następstwie ogłoszonego w niej wysokiego stopnia zagrożenia terrorystycznego. Nikt nigdy wcześniej, ani w Belgii, ani w całej Unii, nie przeżył czegoś podobnego.

  Piątek 13 listopada

Tak jak i w Paryżu, w Brukseli nocne życie zaczyna się dopiero rozkręcać. O 22:00, gdy hucznie świętujemy zwycięstwo Belgów nad Włochami w towarzyskim meczu piłki nożnej, dochodzą do nas pierwsze niepokojące wieści. „Słuchajcie, coś się dzieje w Paryżu”. Niewiele z tego rozumiemy. W pierwszym odruchu dzwonimy do przebywających tam znajomych: „W której części Paryża jesteś? Wszystko w porządku?”. W miarę upływu czasu przybywa pustych butelek po piwie, na sile przybierają również nasze nerwowe szepty. Większość z nas ma bowiem wielu francuskich kumpli. Niektórzy są tu, inni zostali w Paryżu. Niektórzy znajomi oznaczają się na facebooku jako bezpieczni, o losie innych dalej nie wiemy nic.

Poranek jest trudny. Wciąż nie możemy otrząsnąć się z szoku. Śledzimy kolejne doniesienia ze wzrokiem wlepionym w ekrany telewizorów. Serce bije jak szalone, przez głowę gna natłok myśli. W trakcie kolejnych pięciu dni mówiliśmy tylko o tym; nawet, gdy tego nie chcieliśmy, albo już nie chcieliśmy. Nie wiadomo, czy dalej powinniśmy być na bieżąco. 

„Ten cały strach, w atmosferze którego podejmowane były kolejne decyzje polityczne oraz nagłaśnianie każdej, nawet najmniejszej, informacji z jednej strony zmroziło mi krew w żyłach, a z drugiej sprawiło, że jakaś część mnie zaczęła się buntować. Uważam, że teraz wszyscy powinniśmy walczyć z atmosferą, jaka obecnie panuje w Europie. Celem terrorystów jest bowiem podsycanie strachu i paniki, co w tak spokojnym kraju jak Belgia może stanowić prawdziwe niebezpieczeństwo” – wzdycha Marie. Jednak właśnie wtedy, gdy chcemy podjąć działania, okazuje się, że zagrożenie nie nadeszło z zewnątrz. Jak bowiem donoszą gazety z całego świata – to brukselska dzielnica Molenbeek stanowi matecznik europejskiego dżihadu. 

Czujemy się z tym źle; uważamy wręcz, że to my zawiniliśmy. Wydaje nam się, że wszyscy patrzą na nas z wyrzutem. Żeby dodać sobie animuszu, śmiejemy się (trochę wymuszenie): „Słuchajcie, powinniśmy połączyć siły z Rakką!” („stolica” Państwa Islamskiego, przyp. tłum). Już bardziej na serio, w Brukseli Molenbeek uchodzi za ubogą dzielnicę imigrantów, jakich pełno w całej Europie. Jak z naciskiem dodaje nasza rozmówczyni: „w głębi duszy każdy z nas wie, że ci ludzie mogą pochodzić z dowolnego miejsca na świecie. Ale tak naprawdę czujemy się lepiej, kiedy za taką tragedię możemy obarczyć winą konkretne miejsce i znaleźć wytłumaczenie dla czegoś, co przecież trudno jakkolwiek wyjaśnić”.

Poniedziałek, 16 listopada

W czasie, gdy Paryż opłakuje ofiary ataku i usiłuje podźwignąć się z tej tragedii, dwoje belgijskich dziennikarzy Alex Vizorek i Charline Vanhoenacker przeprasza wszystkich na antenie francuskiego radia: „To ze strony Belgii najbardziej ponury żart”. I choć każdy wie, że Belgowie nie stronią od dowcipów, dzisiaj nikogo one nie bawią.

Wraz z doniesieniami na temat Molenbeeka docierają do nas zdjęcia organizatorów zamachów. W ciągu kilku godzin jeden z nich, Salah Abdelsam, stanie się najbardziej ściganym terrorystą w Europie. Co gorsza, początkowo wydawało się, że ukrył się w Brukseli, gdzie zaplanowano wszystkie ataki. Świadczy o tym 250 zgłoszeń z całej belgijskiej stolicy. Władze miasta apelują do jego mieszkańców o zachowanie czujności; wzmagają się alerty bombowe, jak również ewakuacje. W tym samym momencie, gdy paryskie kawiarnie pękają w szwach od młodych ludzi wznoszących toast za życie, Francję, Woltera, miłość i radość, Brukselę patrolują setki zamaskowanych żołnierzy.

Piątek, 20 listopada

Wieczorem w Brukseli ewakuowany jest cały uniwersytet. Chwilę później w centrum miasta pojawiają się opancerzone pojazdy. Siedmiu żołnierzy patroluje okolice placu Saint-Géry, ulubionego miejsca brukselskich imprezowiczów. „Wiem, że to wszystko, by zapewnić nam bezpieczeństwo, ale czuję się dziwnie, kiedy wszędzie widzę karabiny maszynowe. To zupełnie jakby jakiś głos w mojej głowie bez przerwy podpowiadał „uważaj, uważaj”. Zupełnie jakby ktoś częściowo pozbawił nas wolności” – mówi nam z kolei Edith i dodaje jednocześnie – „mój chłopak nie chciał iść na koncert, bo uważał, że może być tam zbyt niebezpiecznie. Nie możemy z tego powodu przestać żyć tak, jak do tej pory. W najgorszym razie schowamy się na balkonie; nawet jeśli tam przyjdą, może będziemy mieć większe szanse na ucieczkę”. To raczej akt pewności siebie niż przesadnej brawury. 

Widok karabinów na ulicach to nie wszystko; w telewizji oglądamy spoty, które nie tyle nas uspokajają, co napawają strachem. Zagraniczni korespondenci w Brukseli pytają barmanów o to, czy czują się bezpieczni. Wielu z nich potwierdza, inni wzruszają ramionami, ale są też tacy którzy odpowiadają: „to mogło zdarzyć się wszędzie i o każdej porze. Jeśli wciąż będziemy tak myśleć, sami sobie zaszkodzimy. Naprawdę nie warto”. 

_

Ciąg dalszy historii nastąpi.

_

Artykuł autorstwa brukselskiej ekipy Cafébabel.