Bruksela: z „miasta dżihadystów" do „miasta duchów" (2/2)

Artykuł opublikowany 21 grudnia 2015
Artykuł opublikowany 21 grudnia 2015

Druga i ostatnia część relacji w Brukseli, która z „europejskiej stolicy dżihadyzmu” przeobraziła się w „wymarłe miasto”

 Sobota, 21 listopada

Wczesnym rankiem rząd ogłasza przerwę w funkcjonowaniu większości instytucji: zamykają się sale koncertowe, teatry, centra handlowe, żłobki, szkoły, hale sportowe, a także metro oraz wszelkie atrakcje turystyczne. Alert terrorystyczny osiąga poziom czwarty, czyli najwyższy w czterostopniowej skali. Zewsząd dobiegają apele: „Zostańcie w domu i zachowajcie spokój”. Odczuwa się poddenerwowanie, nie mówiąc już o strachu. Na portalach społecznościowych wrze: „Beznadzieja, przecież nie przestaniemy żyć tak, jak do tej pory! No to co robimy wieczorem?”. Możemy mieć gdzieś terrorystów i mówić, że nikt nie odbierze nam naszej wolności i że owszem, będziemy nimi gardzić i tytułować się mianem skończonych „rewolucjonistów” tylko dlatego, że wieczorem chcemy napić się piwa. Szykujemy się już na ten sobotni wieczór; po południu Jules uprzedza: „dzisiaj mamy wolne, więc noc jest nasza!”.

  

Wczesnym wieczorem dowiadujemy się, że aby zachować bezpieczeństwo, od tej pory wszystkie bary, restauracje i dyskoteki są zamknięte. I wtedy, dopiero wtedy, zaczyna do nas docierać powaga całej sytuacji. Jasne, wzorem paryżan i ich hashtagu #tousenterrasse, chcielibyśmy wyjść na miasto, ale w głębi duszy zastanawiamy się, czy to aby na pewno rozsądne. „Ulżyło mi trochę, bo nieszczególnie miałem dziś ochotę pracować” – wyznaje Pierre-Patrice, pracownik jednej z restauracji w samym centrum Brukseli. Wtóruje mu Alice, która z lekkim uśmiechem dodaje: „wczoraj wieczorem uznałam, że jeśli wpadną terroryści, schowam się za koszem na śmieci”. Z kolei moi szefowie, tak „na wszelki wypadek”, tłumaczą mi, dokąd uciekać w przypadku ewentualnego zagrożenia.

Godzina po godzinie, stolica Unii Europejskiej przeistacza się w wymarłe miasto. Pojedynczy spacerowicze kluczą między uzbrojonymi po zęby pojazdami opancerzonymi oraz dziennikarzami z kamerami. Ze wzrokiem wlepionym w ekrany oglądamy te same ulice, które przemierzamy na co dzień. Powtarzamy sobie przy tym, że następnego dnia wszystko wróci do normy, a kawiarniane tarasy znów zapełnią się ludźmi delektującymi się dobrze schłodzonym piwem. Wizja ta pryska w niedzielny wieczór, dokładniej podczas wystąpienia premiera Charles’a Michela; najwyższy stopień zagrożenia terrorystycznego zostanie utrzymany również w poniedziałek. W ten oto sposób Bruksela, i tak już pogrążona w atmosferze strachu, pozostanie w niej jeden dzień dłużej; to bowiem sytuacja, jakiej nie doświadczono nigdy przedtem ani w Belgii, ani w całej Europie.

 Niedziela, 22 listopada

Wydaje się, że powoli zaczynamy kontrolować sytuację i tym samym odnosimy nasze małe zwycięstwo. W wieczornym wydaniu wiadomości mówią o operacji na szeroką skalę, jaka ma miejsce w historycznym centrum miasta. Mieszkańcom zaleca się zaś, by nie nie wychodzili z domów i nie podchodzili do okien. Z kolei do mediów policja apeluje z prośbą o niepublikowanie informacji o działaniach operacyjnych. Mieli to jak w banku, bowiem internauci i media podchwytują tę surrealistyczną zabawę w iście belgijskim stylu i zalewają portale zdjęciami kotów opatrzonych hashtagiem #BrusselsLockDown oraz żartami opartymi na grze słów: „niveau cat’ à Bruxelles”, „inchat’la” czy „la chat-ria bruxelloise”. I chociaż miasto zamknęli, to my staramy się dobrze bawić.

 Poniedziałek, 23 listopada

W poniedziałkowy poranek w centrum miasta nadal panuje przygnębiająca atmosfera. Żołnierze wciąż patrolują Wielki Plac i przyległe do niego ulice, zaś na Boulevard Anspach gromadzą się gapie patrzący na pojazdy opancerzone. W całej Brukseli słychać policyjne syreny, a metro wciąż pozostaje zamknięte dla pasażerów. Przed Manneken Pis w mgnieniu oka zjawiają się zagraniczni dziennikarze. Wszędzie widać tabliczki z napisem „ze względu na nadzwyczajne środki bezpieczeństwa obiekt pozostanie zamknięty aż do odwołania”. W obliczu całej tej sytuacji niezruszeni wydają się jedynie turyści robiący sobie selfie na tle pojazdów opancerzonych. Najwyższy stopień alertu okazuje się także tematem numer jeden w nielicznych autobusach kursujących tego dnia. Tu i ówdzie słychać takie opinie, jak: „Tak czy inaczej, to nie może przecież trwać w nieskończoność. Trzy dni to co innego, ale sklepy nie mogą być zamknięte przez cały tydzień!” i „nic z tym nie robią, nawet nie znaleźli ładunków wybuchowych, a do tego puścili wolno Salaha” (jeden ze sprawców zamachów w Paryżu, przyp. tłum). Niech to nie nam utrudniają życie, a ich złapią”.

Cała Bruksela z niecierpliwością czeka na to, co powiedzą tym razem: no dobra, mamy ich, możecie wrócić do swoich zajęć, cześć i miłego dnia. A jednak! Sytuacja ta utrzyma się jeszcze cały tydzień, dokładniej do następnego poniedziałku. Szkoły i metro będą otwarte dopiero w środę. Co do całej reszty, to jedna wielka niewiadoma; brukselczycy utkwili w sytuacji, która na dłuższą metę staje się po prostu nie do zniesienia.

Kiedy więc premier ogłosił przedłużenie stanu wyjątkowego do poniedziałku, moi współpracownicy uznali to za decyzję „historyczną”. Wobec tego postanowiłem to sprawdzić: historyczny moment nastąpił wówczas, gdy Stany Zjednoczone nawiązały stosunki dyplomatyczne z Kubą (lub odwrotnie, jak kto woli); to też upadek muru berlińskiego, rozejm w Compiègne, Rewolucja Francuska. Innymi słowy, wydarzenia, o których pamiętamy i które świętujemy. Trudno mi więc uwierzyć, że kiedyś będziemy celebrować ten tydzień, bez względu na to, czy czy w Brukseli, Belgii, czy może też w całej Europie.

_

Pierwsza część artykułu pod tym linkiem. 

-

Artykuł autorstwa brukselskiej ekipy Cafébabel.