"Brytyjczycy nie potrafią przeprowadzić dojrzałej dyskusji o Europie"

Artykuł opublikowany 27 stycznia 2006
Artykuł opublikowany 27 stycznia 2006

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Denis MacShane, labourzystowski parlamentarzysta i były brytyjski Minister ds. Europy rozmawia z café babel o Eurosceptycyzmie i brytyjskim przewodnictwie UE.

Dlaczego debata o Europie ma w Wielkiej Brytanii tak ograniczoną formę?

Problem Wielkiej Brytanii polega na tym, że nie mamy jednolitej narodowej polityki w kwestii Europy. Spędzamy 80% czasu przeznaczonego na dyskusję nie dyskutując o tym, jak mamy wspierać reformy w Europie. Zamiast tego tkwimy w dogmatycznych zmaganiach pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami Europy, co jest jedną z największych tragedii brytyjskiej polityki, ponieważ przez to nie mamy szans na przeprowadzenie dojrzałej dyskusji o Europie - zawsze zatrzymujemy się na etapie drobnych przepychanek.

Co pan rozumie przez dojrzałą dyskusję?

Dyskusję opartą na faktach. Musimy pozbyć się tych wszystkich potterowskich mitów, według których Bruksela będzie decydowała o podatkach, polityce zagranicznej i bezpieczeństwie Wielkiej Brytanii – wszystko to jest nieprawdą. Zamiast tego powinniśmy zadać sobie pytanie, jak zoptymalizować wspólny rynek; jak odnaleźć równowagę pomiędzy „Europą ekonomiczną” (rentowność) i „Europą socjalną” (państwo opiekuńcze); jak wiele restrykcji pozwolimy Europie narzucić innym krajom w naszym imieniu, i z kolei ile jesteśmy w stanie przyjąć restrykcji narzuconych nam, że tak powiem, w imieniu reszty Europy. Ale takiej dyskusji po prostu się u nas nie prowadzi.

Nie sądzi pan, że taką debatę wymusiłoby referendum, tak jak to miało miejsce we Francji?

Nie sądzę, ponieważ we Francji mieliśmy głównie do czynienia z debatą o Europie „Kodu Leonarda Da Vinci” – Europie mitów. Trzeba było spierać się z ludźmi twierdzącymi, że Bruksela decydować będzie w sprawie francuskiego prawa aborcyjnego, co jest po prostu kłamstwem – a mimo to w gazetach pojawiały się całe artykuły poświęcone temu tematowi. To niewiarygodne! Ojczyzna Kartezjusza zupełnie straciła rozum. Dlatego sądzę, że założenie, iż podczas czterotygodniowej kampanii referendalnej jesteśmy w stanie przeprowadzić odpowiednią debatę o Europie, jest błędne. Takie dyskusje trzeba prowadzić w dojrzały sposób, na porządku dziennym, tak jak dyskutujemy o naszej polityce obronnej w ramach NATO, o polityce handlowej w ramach WTO – nie zaczynając za każdym razem od tego, czy powinniśmy w ogóle być członkiem tych organizacji.

Czy brytyjskie przewodnictwo UE pomoże przezwyciężyć obecny kryzys polityczny?

Myślę, że będzie to przewodnictwo leczące rany. W Europie mamy do czynienia z potrójnym problemem: kryzysem politycznym, kryzysem gospodarczym, i kryzysem przywództwa. Wszystkie trzy są ze sobą połączone, więc przykładowo bardzo trudno będzie znaleźć polityczną odpowiedź na pytanie, jak Europa powinna być zarządzana w momencie, gdy nie rozwija się ona gospodarczo. Musimy poczekać na tegoroczne wybory w Niemczech, przyszłoroczne we Włoszech, i wybory we Francji w 2007 roku, by przekonać się, czy nowe rządy europejskie będą w stanie lepiej się porozumieć – przepaść komunikacyjna nie rozciąga się bowiem tylko pomiędzy europejskimi elitami i szarym człowiekiem, lecz także pomiędzy poszczególnymi przywódcami europejskimi, oraz pomiędzy nimi, a ludźmi, których nominują do Komisji.

Jakie są cele brytyjskiego przewodnictwa UE?

Mam nadzieję, że brytyjskie przewodnictwo zachęci do refleksji nad Europą i bardzo stanowczo zaznaczy, że potrzebuje ona reform polityki gospodarczej i zatrudnienia. Uważam też, że powinniśmy zachęcić Europę do uniesienia wzroku i dostrzeżenia swojej roli ważnego pozytywnego czynnika w rozwoju świata. Zmiany klimatyczne, pomoc dla Afryki, próby rozwiązania problemów Iranu, Sudanu, Bliskiego Wschodu... Europa musi co prawda zmierzyć się z kwestiami politycznymi i rozwiązać problemy gospodarcze, lecz mimo to jest jednym z kluczowych światowych rozgrywających i mam nadzieję, że Wielka Brytania, zachowująca się na arenie międzynarodowej pewnie i stanowczo, spróbuje delikatnie połączyć pozostałe 24 kraje – nie chodzi o narzucanie naszej woli innym – w próbie ujrzenia siebie jako jednego z głównych rozgrywających w skali globalnej.

Twierdzi pan, że Wielka Brytania musi forsować w Unii reformy gospodarcze. Czy znaczy to, że inne kraje powinny naśladować model brytyjski?

Nie. Idea, ze istnieje jakiś pojedynczy model europejski, który sprawdza się w przypadku wszystkich pozostałych 24 krajów jest po prostu absurdalna. Mam serdecznie dosyć tego typu niedorzeczności. Powinnismy przyjrzeć się temu, co sprawia, że Europa działa poprawnie, i zastosować to. Przykładowo- są elementy gospodarki Wielkiej Brytanii, które nie sprawdzają się zbyt dobrze, więc musimy powielić rozwiązania z innych części Europy.

Czy jest nadzieja na taką formę integracji, biorąc pod uwagę ogromne trudności z rozpoczęciem debaty i fatalne stosunki z Francją?

Cóż, Włochy grożą zawetowaniem budżetu, jeśli nie dopasuje się on do ich żądań, Hiszpania jest bardzo nieszczęśliwa, Niemcy zaś chcą obniżyć swój wkład finansowy, więc wydaje się, że tylko w Londynie mamy do czynienia z tą obsesją na punkcie Francji i faktu, że to francuscy politycy rozpoczęli debatę. To taka sama część debaty, jak wszystkie te wydadki i systemy dopłat, z których korzysta UE, i powinniśmy dyskutować o wszystkich tych zagadnieniach. Mocno wątpiłem w to, czy dojdziemy do porozumienia na tle budżetu. Ale z drugiej strony nigdy przedtem w historii Europy nie zamknęliśmy budżetu na 18 miesięcy przed ostatecznym terminem. To miła wizja, ale nie znam nikogo, kto by choćby przez moment uważał, że to możliwe. Dlatego myślę, że cały ten rwetes w kwestii rabatu jest sprawą raczej powierzchowną.

Czy sądzi pan, że brytyjskiej fiksacji na punkcie rabatu winni są Eurosceptycy?

A co pani rozumie pod mianem „Eurosceptyk”? Przepraszam, ale we Francji i Holandii właśnie odbyły się referenda, których wynik był zdecydowanym zwycięstwem Eurosceptycyzmu. Brytyjscy wyborcy ponownie wybrali zaś ogromną liczbę parlamentarzystów, których partie popierają politykę pro-europejską. Torysi trzeci raz z rzędu szli do wyborów z hasłami Eurosceptycyzmu, i jak to się dla nich skończyło? Trzy kadencje z rzędu mają poniżej 200 parlamentarzystów! Nie powinno się mylić niechęci do Brukseli, czy ogólnego poirytowania, z bezapelacyjnym odrzuceniem Unii Europejskiej, ponieważ gdyby brytyjskie społeczeństwo faktycznie chciało polityki anty-europejskiej, to [Eurosceptyk] Kilroy-Silk byłby obecnie parlamentarzystą, a [Konserwatysta] John Redwood decydowałby obecnie o polityce rządu Wielkiej Brytanii wobec Europy.