Brytyjska muzyka protestu: kto nas obudzi z politycznej hibernacji?

Artykuł opublikowany 11 maja 2015
Artykuł opublikowany 11 maja 2015

Nie ma miejsca na milczenie w obliczu wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii. Teraz właśnie jest ten moment, by zadać sobie pytanie: co się stało z zaangażowaną politycznie muzyką z czasów Margaret Thatcher? I co może zmotywować obywateli do ponownego muzycznego podniesienia głosu?

„Myśl, że kultura popularna powinna być pociechą strapionych i utrapieniem uprzywilejowanych, została zepchnięta na margines w XXI wieku" - Billy Bragg słusznie zauważa, że siła muzyki, która kiedyś obdarzała głosem ludzi pozbawionych praw obywatelskich, zanika. Wielka Brytania potrzebuje, by na jej łonie odrodził się protest muzyczny, bo to muzyka jest jedyną rzeczą, która jest w stanie wybudzić społeczeństwo z politycznej hibernacji.

Społeczne niezadowolenie i utwory, w których dawano mu upust zawsze szły ze sobą w parze. Od pieśni lewellerów i kopaczy (ang. diggers) z XVII wieku po pacyfistyczne piosenki z powojennej Wielkiej Brytanii - każdy ruch protestacyjny miał swój własny hymn. Wraz z narodzinami punka w latach 70. XX wieku muzyka stała się narzędziem, przy pomocy którego komentowano polityczne, ekonomiczne i społeczne problemy kraju. Do dziś utwory takie jak „Career Opportunities" grupy The Clash, „Ghost Town" zespołu The Specials czy „God Save The Queen" autorstwa Sex Pistols, są kojarzone z poruszaniem kwestii niepokojów społecznych i rosnącego bezrobocia.

Efekt Thatcher

Brytyjska muzyka protestu osiągnęła szczyt swojego rozwoju dopiero w latach 80. i 90. XX wieku, kiedy to na 10 Downing Street rządziła Partia Konserwatywna. Osobą najbardziej za to odpowiedzialną była Margaret Thatcher. Żaden ani żadna polityk, urzędujący przed i po niej, nie podzielił brytyjskiego społeczeństwa do tego stopnia. Jak powiedział Noel Gallagher w wywiadzie dla the Quietus: „Wszyscy wiedzieliśmy, jak to jest z Thatcher. Kiedy stała obok, od razu czuliśmy: ok, ona jest naszym wrogiem".

W czasie, gdy na fotelu premiera zasiadała Żelazna Dama, społeczne niezadowolenie z jej destrukcyjnej polityki neoliberalnej znalazło swoje odzwierciedlenie w tym, co się działo na muzycznej scenie alternatywnej. Prowadzona przez Thatcher wojna z klasą robotniczą doprowadziła nawet do historycznego sojuszu muzyków, który szerszej publiczności dał się poznać jako Red Wedge. Jego założyciele: Billy BraggPaul Weller oraz Jimmy Somerville, chcieli zaangażować młodzież w kwestie polityczne i odsunąć Torysów od władzy. Inicjatywa ta znalazła swoje poparcie w akcjach wielu muzyków, na czele z Elvisem Costello, zespołami Madness, Lloyd Cole oraz The Smiths, którzy wyrażali swoje poparcie dla ruchu podczas tras koncertowych. Antythatcheryzm zachował swoją siłę przez całe lata 90. XX wieku. Wtedy też powstał zespół Manic Street Preachers, który stał się jednym z najbardziej wpływowych zespołów tworzących pod banderolą tego ruchu.

Od aktywizmu do pasywizmu

Przełomowe zwycięstwo Partii Pracy w wyborach z 1997 roku zakończyło trwającą prawie dwie dekady dominację Partii Konserwatywnej. Wielka Brytania spodziewała się wtedy ujrzeć światło w tunelu. Rządy Tony'ego Blaira okazały się jednak kontynuacją wieku ciemności. Partia Pracy nie tylko nie zmieniła zbyt wiele w kwestii nierówności społecznych, ale jej retoryka po prostu nie odróżniała się zbytnio od tej prowadzonej przez konserwatystów. Kolejne rządy nie spełniły oczekiwań obywateli, powodując eskalację nastrojów defetystycznych. Prawdopodobnie najlepiej uchwycił te sytuację zespół Radiohead w albumach „Kid A" oraz „Amnesiac".

Podczas gdy thatcheryzm był inspiracją dla buntowniczych nastrojów, rządy Partii Pracy miały dokładnie odwrotny wpływ na społeczeństwo - zatapiały je w bierności. Dodatkowo, frustracja obywateli wobec sytuacji politycznej obejmowała już nie tylko jedną partię, ale cały zepsuty system polityczny. Wydawało się, że arena polityczna nie oferuje już elektoratowi żadnego atrakcyjnego wyboru. Morrissey skrytykował tę sytuację w utworach takich jak „Irish Blood, English Heart" oraz „World Peace Is None Of Your Business", natomiast lider Manic Street Preachers James Dean Bradfield, wyraził swoją frustrację w wywiadzie dla New Statesman, mówiąc: „Zawsze będę przeciwnikiem Torysów. Problem polega na tym, że teraz jestem również przeciwnikiem Partii Pracy".

Upadek muzycznego protestu

Mimo szlachetnego wyjątku w postaci Billy Bragga, którego aktywność polityczna pozostaje niezmiennie silna, większość muzyków, którzy tworzyli podwaliny brytyjskiej muzyki protestu w latach 80., odcięła się od sceny politycznej. Paul Weller wyjaśnił niedawno powody, dla których przestał tworzyć polityczne utwory: „Napisałbym dokładnie to samo, co napisałem trzydzieści lat temu". Bardziej niepokojące jest jednak to, że nowo powstające zespoły muzyczne w ogóle nie wykazują jakiegokolwiek zainteresowania polityką. Może to być bezpośrednia konsekwencja coraz mniejszego udziału muzyki autorstwa klasy robotniczej na wiodących listach przebojów. W końcu, abstrahując od silnego zaangażowania w sprawy polityczne, artystów takich jak Bragg, Morrissey i Bradfield łączy właśnie to, że pochodzą z klasy robotniczej.

Upadek muzyki zaangażowanej politycznie można również tłumaczyć wzrostem popularności apolitycznych gatunków muzycznych, takich jak pop i dance, kosztem rocka. Jak powiedział Bono: „Większość muzyki pop mówi nam o tym, że wszystko jest OK, podczas gdy rock pokazuje nam, że nie jest OK, ale my możemy to zmienić. W rocku kryje się bunt. Pop nie motywuje do nas do wstania z łóżka, wprost przeciwnie - sprawia, że chce nam się spać". Ludzie szukają w muzyce wyciszenia a nie przewrotu i niezależnie od tego, czy jest to świadomy wybór czy nie, oczywistością pozostaje, że muzyka protestu stała się mniej znacząca.

Oczywiście istnieje też presja ze strony wytwórni muzycznych, aby artyści nie byli zbyt otwarci w swoich poglądach. To nastawienie istniało jednak od zawsze, a pomimo tego nie udało się powstrzymać twórców rocka z lat wcześniejszych od wyrażania swych poglądów. W zasadzie ten gatunek muzyczny nie mógłby istnieć, gdyby artyści byli bardziej przejęci wynikami sprzedaży płyt niż wyrażeniem swojego sprzeciwu. 

Jakkolwiek trudne nie byłyby ostatnie dekady rządów pełnych rozczarowań, nie ma czasu na milczenie. Jak Ed Miliband powiedział Russellowi Brandowi, faktem jest, że to połączenie obywateli i polityki prowadzi do zmian. Progres wypływa od ludzi, którzy domagają się zmiany, dlatego tak istotne jest to, żebyśmy nie przestawali działać. Wyobraźmy sobie teraz, że to nasz ulubiony artysta, zamiast polityka, w porywającym stylu przekazuje nam tę ideę. Jeśli to nie zachęci ludzi do zainteresowania się tematyką polityczną, która ich dotyczy, to nic nie będzie w stanie tego zrobić.