Bundestag: Jestem ekspatą! – wybierzcie mnie!

Artykuł opublikowany 15 września 2009
Artykuł opublikowany 15 września 2009
Siedemnaste wybory do Bundestagu 27 września 2009 roku zbliżają się wielkimi krokami i niejeden Niemiec mieszkający poza granicami kraju zada sobie z pewnością pytanie o udział w tym wydarzeniu. I nawet jeśli już raz odpowiedź na to pytanie została udzielona , to i tak nie widać końca problemów.

„Powiedz, jaki rząd mamy właściwie w Niemczech? Czy Angie nadal jest naszą kanclerz?”. Niemiecki emeryt, który na początku września wsiada w Paryżu do pociągu kierunek - ojczyzna, doskonale może się wczuć w sytuację niejednego Niemca spoza granic kraju. Decyzja o opuszczeniu własnego kraju oznacza bowiem więcej niż czasowo ograniczoną zamianę miejsca zamieszkania: Dda wielu „tułaczy” przeprowadzka do innego kraju z inną kulturą pociąga za sobą zerwanie więzi z ojczyzną, której najwyraźniejszą oznaką jest zmniejszone zainteresowanie krajową polityką.

Stwierdzenia o postępowaniu wyborczym Niemców mieszkających zagranicą opierają się jednak częściej na osobistych doświadczeniach i przypuszczeniach niż na faktach. Nawet jeśli liczba wniosków o głosowanie listowne, które zostały wniesione przez Niemców z zagranicy w wyborach do Bundestagu w 2002 i 2005 roku wzrosła o 13%, to nie pozwala to jeszcze na żadne konkretne wypowiedzi, ponieważ ogólna statystyka odnośnie liczby Niemców, przebywających obecnie zagranicą nie istnieje. Liczba tych, którzy nie biorą udziału w wyborach, jest więc nie do oszacowania.

Ostra walka o „tułacze głosy”

Także jeśli statystyki nie dają żadnego jasnego obrazu sytuacji, to i udział w wyborach Niemców mieszkających zagranicą wydaje się być problematyczny. Tak przynajmniej myślą inicjatorzy kampanii internetowej „Mój głos 09”, którzy z pomocą nowoczesnych środków komunikacji Facebooka i Twittera starają się nakłonić Niemców żyjących zagranicą do udziału w wyborach do Bundestagu. Z mottem: „Ich głos się liczy!” nakłaniają na własnoręcznie stworzonej stronie internetowej www.meinestimme09.de , do udziału w wyborach nie tylko z 5 powodów, lecz oferują także wsparcie dla tych, którzy w obliczu „wojny papierkowej” z urzędami są na granicy rozpaczy.

Również gdy „Mój głos 09” będzie propagował, że uczestnictwo w wyborach osób z zagranicy jest całkiem proste, to niestety w rzeczywistości nie jest tak łatwo. Po wielu rozmowach telefonicznych i złożonych wnioskach Inga (imię zmienione przez redakcję) straciła nadzieję. Chociaż Francja nie leży na drugim końcu świata, to wpisanie dziewczyny do niemieckiego rejestru wyborczego było cięższe niż myślała. Jak tylko bowiem wyjeżdża się na stałe z Niemiec, zostaje się skreślonym z list wyborczych i automatycznie nie jest się proszonym do urny wyborczej. „Byłam dla urzędników tylko i wyłącznie Niemką mieszkającą zagranicą, która chciała wtrącić się w wybory z zupełnie dla nich niezrozumiałego powodu.” Po tym jak Inga wypełniała dwa razy ten sam wniosek, ponieważ urzędy miały na głowie oczywiście całe mnóstwo problemów organizacyjnych, otrzymała niespodziewanie pod koniec września list wyborczy. „Od razu zaznaczyłam krzyżyk i odesłałam list. Teraz pokonałam co prawda denerwujących urzędników, ale przecież jeszcze w grę wchodzi poczta!”

Zagraniczne wybory międzynarodowym problemem

Nawet jeśli w 115 spośród 193 krajów tego świata istnieją warunki do brania udziału w wyborach z zagranicy, to nie znaczy to niestety jednocześnie, że te wybory rzeczywiście są możliwe.

Gdy porównuje się sytuację w Niemczech z tą w innych krajach, to można stwierdzić, że Niemcy nie powinni mieć właściwie powodu do narzekań. Podręcznik “Voiting from Abroad” szwedzkiego Think-Thanks International IDEA Institute for Democracy and Electoral Assistance pokazuje rzeczywisty rozmiar problemu. Nawet jeśli w 115 spośród 193 krajów tego świata istnieją warunki do brania udziału w wyborach z zagranicy, to nie znaczy to niestety jednocześnie, że te wybory rzeczywiście są możliwe. Twórcy badań doszli wręcz do wniosku, że wybory zagraniczne są wciąż „emergency operation”, która cierpi przede wszystkim na wysoki logistyczne wkład i ekstremalnie małą liczbę terminów. W czasach globalizacji, podczas gdy w 2000 roku jeden z 35 obywateli świata został uznany za „międzynarodowego emigranta”, rozwiązanie problemu wydaje się dlatego o tyle naglące.

W Irlandii pomagają jeszcze tylko tricki

Podczas gdy niektóre kraje oferują tylko bezpośredni udział w wyborach, w niektórych demokracjach istnieje system wyborów listownych. W niektórych krajach opcją jest też „e-voting” przez Internet albo wybory z pomocą „zastępcy”. Są też oczywiście niechlubne wyjątki. Jeden szczególnie zaskakujący przykład na brak zainteresowania polityków obywatelami swojego własnego państwa, którzy żyją poza jego granicami, pokazuje sama Unia Europejska: W Irlandii nie istnieje żaden prawny system, który umożliwia ludziom spoza granic branie udziału w wyborach w ich ojczyźnie. Jako przyczynę tej przykrej sytuacji podaje się często, że jest nadal więcej Irlandczyków poza granicami niż w kraju i, że ci pierwsi mogliby wpłynąć przez udział w wyborach aż za nadto na zmianę ich zasad.

Również jeśli i organizacje takie jak iryjski emigrant Advice Network (Ean) napiętnowały ten niewłaściwy stan rzeczy, to na politycznej płaszczyźnie niewiele się zmieniło. Sinead (imię zmienione przez redakcję), iryjska studentka, która obecnie spędza rok na Erasmusie, wymyśliła pewien trick. Jej 17-letnia siostra jest identyczna, ale sama nie ma jeszcze prawa wyborczego. Dlatego właśnie Sinead posyła ją często po prostu jako swój dubel na wybory. „To jest wprawdzie oficjalnie nielegalne, ale przecież nie ma innej możliwości”, uważa Sinead. Dziewczyna widzi całą sytuacje pragmatycznie i bierze pod uwagę złamanie przepisów. „Ważniejsze jest dla mnie uczestnictwo w wyborach, w końcu tak dużo zależy od ratyfikowania traktatu lizbońskiego. A oprócz tego moja siostra wybrałaby i tak to samo co ja!”