"Chcę być tym, kim zechcę" - Mateusz Kościukiewicz, ulubieniec Berlinale

Artykuł opublikowany 10 marca 2014
Artykuł opublikowany 10 marca 2014

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Uhonorowany tytułem Eu­ro­pean Shoot­ing Star 2014 Ma­teusz Kościukiei­wcz reprezentował Polskę na Berlinale już od 2011 roku. Mimo, że obecnie jest być może najbardziej prominentnym aktorem polskiego kina alternatywnego, Kościukiewicz unika świata celebrytów i odnajduje schronienie w miejscach, gdzie "nikt go nie lubi". Wywiad.

Kościukiewicz posiada na swoim koncie jedną z najbogatszych filmografii spośród laureatów European Shooting Star. Możemy go zobaczyć m.in. w filmach Petera Greenway'a i Andrzeja Wajdy. Zagrał również role główne w kilku nagrodzonych produkcjach: kontrowersyjnym filmie "W imię..." Małgośki Szumowskiej, który zdobył nagrodę Teddy w tamtym roku, "Baby Blues" (2012), nagrodzonym Kryształowym Niedźwiedziem oraz "Sali samobójców", nominowanej do Teddy'ego w 2011 r.

Cafeba­bel: Większość filmów, w których grałeś, przynajmniej dla mnie, była przesiąknięta "polskością" - ze specyficznym podejściem do historii, charakterystyczną estetyką i swego rodzaju brutalnością. Uważasz to za szczególnie istotne?

Ma­teusz Kościukiewicz: Polska jest dziwnym krajem, krajem wielu różnic, klisz i sprzeczności. To kraj bardzo katolicki, który stara się być otwarty na świat, wciąż jednak będąc miejscem homofobicznym i nacjonalistycznym - z jedną nogą w Europie, wyglądający ku nowoczesności, z drugą wciąż pozostający w tyle, w przeszłości. Wiele osób ma wrażenie, że kiedyś, w czasach komunizmu, było lepiej. Kiedy prawdziwie wolna kultura została siłą zepchnięta do podziemia, wciąż istniała społeczna sieć bezpieczeństwa. Napięcia te miały niewątpliwy wpływ na to, co możemy obserwować w polskim kinie.

Jesteśmy w trakcie procesu zmiany społeczeństwa, które wciąż jest zafascynowane ideałem bohatera wojennego, poświęcającego swoje życie dla narodu. Ale dzisiaj młodzi ludzie w Polsce nie chcą umierać. Chcemy żyć. Chcę być tym, kim zechcę: jeśli chodzi o moją płeć, orientację seksualną, cokolwiek.

Czy kino może ułatwić ten proces?

Kino ma ograniczony wpływ na społeczeństwo. Tak jak inne formy kulturalne, takie jak literatura czy teatr, jest zależne od dostępu, a ten jest ograniczony do ludzi, mieszkających w mieście. Wiele osób nie ma kontaktu z nową, krytyczną kinematografią. Albo dlatego, że nie chcą mieć, albo ponieważ nie mają dostępu do tego rodzaju filmów.

Pochodzę z małego miasteczka, Nowego Tomyśla i widzę, że infrastruktura kulturalna wciąż utrzymuje swoją formę z czasów PRL-u. Podejrzewam, że podobnie jest w innych większych miastach.

Jako twórcy filmowi, mamy odczucie, że wiele osób chciałoby wybrać się do kina, ale nie może sobie na to pozwolić. Ale sytuacja ta stopniowo ulega poprawie. Jednak, szczerze mówiąc, nie jestem przekonany, że kino może doprowadzić do zmiany społeczeństwa.

Mimo wszystko film "W imię..." odegrał znaczącą rolę w dyskusji na temat homoseksualizmu wśród księży w Polsce.

"W imię..." był filmem naprawdę mocnym i ambitnym, dlatego znalazł się w centrum uwagi w rozmowach na temat homoseksualizmu i pedofilii wśród polskich księży. Być może był on również jednym z głównych punktów zapalnych do rozpoczęcia obecnych, głośnych dyskusji na temat gender.

Wiele "gadających głów" z TV, rozprawiających na temat gender, nie ma zielonego pojęcia o tym, co mówi.

Czy filmy takie jak "W imię..." rzucają inne światło na kwestie homoseksualizmu i gender?

Historia księdza, zaangażowanego w homoseksualne relacje, ulokowana w realiach małej, polskiej wsi, była czymś naprawdę nowym, rewolucyjnym. Jednocześnie obawialiśmy się również czy ten film i jego problematyka będą czymś nowym także dla europejskiej publiczności.

Poruszające było też to, że ludzie po obejrzeniu filmu, również dzięki nagrodzie Teddy, zaczęli nas postrzegać jako walczących o wolność. Wydaje mi się, że taki jest właśnie cel kina, to, by pokazywać ludzi innych niż my sami.

Wspomniałeś, że często wcielasz się w role postaci z problemami. Nie obawiasz się tego, że ktoś doczepi ci etykietkę aktora od "męskości w kryzysie"? To był świadomy wybór?

Właściwie jedną z moich pierwszych większych roli był gość, który został aresztowany. Druga, w "Matce Teresie od kotów", była bardziej głęboka i to za nią otrzymałem nagrodę dla najlepszego aktora na festiwalu w Karlowych Warach w 2010 r. To była postać sadystyczna, syn zabijający własną matkę. Trudnością było dla mnie zarówno poradzenie sobie z postacią, jak i z własnymi emocjami wokół niej. Potem pojawił się film o kazirodczym związku pomiędzy bratem i siostrą, później natomiast historia księdza i jego homoseksualnego kochanka. Ale zagrałem też w komedii.

Reżyserzy filmowi często stawiali przede mną wyzwania. Chcieli, bym wcielał się w trudne, czasami dziwne, czasem prawie autystyczne, potyckie, awangardowe postaci. Głębo więź i identyfikacja z nimi miała na mnie czasami destrukcyjny wpływ. Mimo że staram się teraz podchodzić bardziej technicznie do roli, efekt jest często ten sam.

Widzę dwa odmienne typy charakteru, które się tutaj pojawiają: pierwszy - problematyczny, rozchwiany emocjonalnie, a drugi - towarzyski i weselszy, z czasów PRL-u

Tak. W gruncie rzeczy były właśnie te dwa typy: jeden mroczny i jeden nostalgiczny. W przeszłości inspirację do gry często czerpałem z samotności. Ale teraz mam to już za sobą. Wypracowałem swoją technikę i nie muszę już obciążać mojej psychiki i emocji w taki sposób jak kiedyś.

Inspiracją do pracy często są dla mnie książki. Zazwyczaj przy każdej roli inspiruję się inną. Jestem w tej kwestii bardzo pragmatyczny. Skupiam się na konkretnych rzeczach i staram się je dostosować do mojej pracy. Na przykład podczas pracy nad "W imię..." było to "Życie i czasy Michaela K." J.M. Coetzee, laureata Nagrody Nobla z Południowej Afryki.

Ogólnie rzecz biorąc jestem teraz bardziej dojrzały i profesjonalny, dlatego reżyserzy filmowi doceniają mnie coraz bardziej. Mój kolejny projekt to główna rola w filmie Jerzego Skolimowskiego.

Jak to było móc współpracować z takimi ikonami jak Greenaway i Wajda?

Było dziwnie. Podczas pracy nad "Strażą nocną" Greenaway'a, widziałem go tylko z pewnego dystansu i nigdy nie miałem okazji, by z nim porozmawiać. To było na samym początku mojej kariery. Grałem ucznia Rembrandta i spędziłem półtora tygodnia na zdjęciach, ale ostatecznie wycięli moją część. Nigdy nie widziałem tego filmu. Ale z roku na rok jest coraz lepiej. W tamtym roku Wajda dał mi większą rolę (śmieje się).

Nie skończyłeś profesjonalnej szkoły aktorskiej. Powiedziałeś też, że szkoła zawsze była dla ciebie kryjówką. Ale kryjówką przed czym?

Ukrywałem się przed wszystkim: społeczeństwem, problemami, karierą, praniem mózgu. Przed wszystkim. Szkoły były bardzo cichymi miejscami, gdzie nikt mnie nie dotykał, nikt do mnie nie mówił, nikt mnie nie lubił.

Jesteś mężem reżyserki filmowej Małgośki Szumowskiej. Ona też stała się w pewien sposób ulubienicą Berlinae w ostatnich latach. Jak się spotkaliście i jak wygląda współpraca z nią?

Spotkaliśmy się na imprezie a wspólna praca była świetna. Kiedy pracujesz z kimś, z kim jesteś głęboko związany, nie musisz niczego udawać, nie musisz wyjaśniać zbyt wielu rzeczy, mówić zbyt dużo. Wystarczy po prostu spojrzeć w oczy reżyserowi, który wie więcej od ciebie i wtedy wiesz już wszystko. Tak jest znacznie prościej.

Można wtedy poświęcić się pracy nad materią samą w sobie, skupić się głębiej na temacie. Podoba mi się sposób, w jaki reżyseruje. Wszystko jest w porządku. Nie kłócimy się podczas zdjęć.

Powiedziałeś, że polskie kino zmierza w dobrą stronę. Czy to ciekawa przestrzeń dla aktorów, którzy chcą zrobić coś ambitniejszego?

Uważam, że miałem mnóstwo szczęścia. Zacząłem pracować, kiedy Polski Instytut Filmowy zaczął się rozwijać i dofinansowywać projekty filmowe. Teraz aktorzy z mojego pokolenia otrzymują szansę pracy nad różnorodnymi projektami, które byłyby niemożliwe do zrealizowania wcześniej. Byłem jednym z pierwszych, ale po mnie pojawiło się wielu innych.

Większość z nich to mężczyźni. Nie wiem dlaczego młode aktorki nie są aż tak widoczne. Jest ich zaledwie kilka, takich jak Aśka Kulig, która zagrała w "Elles" i zaczyna teraz pracować nad innymi ciekawymi projektami.

Nie kusi cię świat polskich celebrytów?

Pracuję w świecie kina alternatywnego. Nie popisuję się w telewizji. Nie chodzę na luksusowe bankiety. Jestem skoncentrowany na swoim życiu. Mam dwójkę dzieci i jestem bardzo zajętym gościem. Nie mam czasu na bycie celebrytą. Zupełnie mnie to nie interesuje.

Cafeba­bel Berlin relacjonuje 64. Festiwal Berli­nale

Kochamy film i mamy wiele w zanadrzu! Codzienne aktualności odnajdziecie na stronach Berlin.​Babel.​Blog i @CafeBa­bel­Ber­lin. Spodziewajcie się ekscytujących recenzji filmowych, wywiadów z gwiazdami i foto-relacji z terenu festiwalu.