Chińska dzielnica w Barcelonie: więcej imigrantów niż tajemnic

Artykuł opublikowany 13 czerwca 2012
Artykuł opublikowany 13 czerwca 2012
Jest ich coraz więcej. Stoją za ladami sklepów, w których można znaleźć po prostu wszystko. Jednakże, nikt nie wie nic o ludziach, którzy tworzą chińską wspólnotę w Hiszpanii. Odsłaniamy tajemnicę, zagłębiając się w chińską dzielnicę w Barcelonie.

W kafejce internetowej naprzeciwko mojego domu pięćdziesiąt na sześćdziesiąt dostępnych komputerów ma zainstalowany system operacyjny w języku chińskim, a w położonym obok chińskim supermarkecie zazwyczaj przy kasie czeka długa kolejka Chińczyków chcących zapłacić za herbatniki importowane z Pekinu i piwa Tsingtao, piętrzące się w ich koszykach.

Styl orientalnyZnajdujemy się w Fort Pienc, chińskiej dzielnicy w Barcelonie. Z piętnastu tysięcy chińskich rezydentów, większość pomiędzy 25. i 40. rokiem życia, ponad tysiąc mieszka w tej części barcelońskiej dzielnicy Eixample. Jednakże, miejscowi prawie nic o nich nie wiedzą. Kiedy pytam moich współlokatorów o to, co wiedzą o swoich chińskich sąsiadach, ich odpowiedzi okazują się zazwyczaj nasycone stereotypami rozpowszechnianych przez media: mafia, nieuczciwa konkurencja, nielegalna imigracja. Czytając hiszpańską prasę można dojść do wniosku, że Barcelona pełna jest „Fu Manchów”. Otacza ich mistyczna mgiełka. Ale dlaczego wiemy tak mało o tych imigrantach, z których wielu jest dokładnie w naszym wieku?

Ich dusza jest w Chinach, ich ciało w chińskim supermarkecie

Przyjechali do drugiego pod względem wielkości miasta w Hiszpanii, aby wykonywać pracę, która nie wymaga specjalnych kwalifikacji, a która pozwoli im zarobić tyle, aby móc otworzyć własny biznes. Aby zrealizować to marzenie, muszą nieustannie pracować, a wielu wymaga tego samego także od swoich dzieci. „Moi znajomi, zasadniczo, pracują u swoich rodziców. Specjalnie im to nie przeszkadza, bo na południu Chin jest to tak samo powszechne jak fakt, że młodzież w Stanach Zjednoczonych i Europie studiuje. Dla mnie, pójście na uniwersytet to prezent” - mówi David, Chińczyk, którego poznałem w aptece w mojej dzielnicy.

Jak nakazuje jeden ze zwyczajów, rodzice kilkakrotnie wysyłają swoje dzieci do Chin, na letnie obozy organizowane po to, aby dobrze nauczyły się mandaryńskiego. Czasem pobyt trwa cały rok, żeby zaoszczędzić na wpisowym do przedszkola. Kiedy dzieci wracają do Hiszpanii, ubierają się zgodnie z ostatnią chińską modą i oglądają nagrania zespołów z Tajwanu i Hongkongu na stronach takich jak 1ting.com, chińskiej wersji YouTube`a. Po południu chatują ze znajomymi z Chin, a rano uczą się w szkole historii Hiszpanii po katalońsku. Żyją na pograniczu dwóch światów.

Nauka hiszpańskiego to luksus

Wenquing przyjechała do Barcelony trzy lata temu. Od tego czasu ma na imię Eva. Jeden z członków rodziny przechrzcił ją, tłumacząc, że Eva to imię łatwiejsze tutaj do zapamiętania. Najpierw do Barcelony przyjechali jej ojciec i młodszy brat; potem matka i starszy brat. Eva musiała dokonać wyboru: mogła zostać w Chinach, gdzie miała pracę odpowiadającą jej wykształceniu uniwersyteckiemu, lub przyjechać tutaj, aby być z rodziną i rozpocząć nowe życie. Wybrała to drugie, i przez pierwszy rok pracowała jako kelnerka w chińskiej restauracji. „Nie zaprzyjaźniłam się za bardzo ze współpracownikami, nie mieliśmy zbyt wielu wspólnych tematów. Ale, ponieważ nie mówiłam po hiszpańsku, nie znalazłam innej pracy” - mówi. Duża część Chińczyków nie uczy się hiszpańskiego (…). Nie mają ani czasu, ani potrzeby nauki tego języka. Tym spośród nich, którzy w chwili przyjazdu mają więcej niż dziesięć lat, nigdy nie udaje się opanować języka w 100%. Nawet młodzieży, która chodzi do szkoły. Chińscy uczniowie mało pytają na lekcjach, ponieważ w Chinach zadawanie pytań nauczycielowi uważane jest za niegrzeczne. Nie są nauczeni wyrażania swoich emocji, dlatego pedagogom trudno jest się do nich zbliżyć. Mają także bardzo mocno zakorzenione poczucie wstydu, i dlatego na początku nie lubią mówić po hiszpańsku. Rezultat: wielu nie dostaje zaliczenia, choć w Chinach mogliby mieć świetne wyniki. Więzy rodzinne czasem też pozostawiają sporo do życzenia. Czasami dzieci spędzają tyle czasu w Chinach, bez kontaktu z rodzicami, że kiedy przyjeżdżają do Hiszpanii, trudno jest im ponownie obdarzyć rodzinę zaufaniem. Bywają chwile lepsze i gorsze. Wielu z nich dotyka depresja młodzieńcza.

Eva dobrze podeszła do wyzwania. W odróżnieniu od większości, zrobiła kurs hiszpańskiego i teraz przygotowuje się do egzaminu na poziomie zaawansowanym. Zadanie to łączy z pracą w chińskiej agencji nieruchomości. Marzy o tym, żeby zostać tłumaczem. Ale poświęciła trzy lata na to, aby ułożyć sobie życie w taki sposób, by dziś czuła się szczęśliwa. „Wyobraź sobie, że nagle znajdujesz się pośród nicości, nie znasz nikogo, nic nie rozumiesz i musisz zacząć wszystko od zera”.

Kawałek Chin

Poza kafejkami internetowymi i karaoke, inną powszechną rozrywką chińskiej młodzieży jest gra na automatach typu jednoręki bandyta. Osoby zatrudnione w chińskich sklepach wyrywają się z pracy, żeby zagrać w bingo i rezerwują sobie automaty, aby nikt nie wyciągnął zainwestowanych przez nich pieniędzy, kiedy wychodzą na obiad. Na karaoke chodzą do restauracji, w której w tym celu mogą zarezerwować prywatną salę.

Poszliśmy tam na kolację z Hsi, który właśnie przyjechał z Hongkongu. Poznaliśmy się w Fort Pienc i zaskoczyło mnie, że Hsi nie wiedział, że mieszka w chińskiej dzielnicy. „Jest tylu Chińczyków we wszystkich częściach świata, że nie zdałem sobie z tego sprawy” - mówi. Zdaniem Hsi, wszyscy Chińczycy przyjeżdżają tu do pracy, a nie po to, żeby poznawać miejscową kulturę. O imigrantach z Qingtian mówi w sposób tak ogólny, jak Hiszpanie mówią o imigrantach z Chin. Jeżeli, patrząc na jakąś wspólnotę z zewnątrz, tak łatwo jest wpaść w tę pułapkę, to ciekawe, co myślą Chińczycy o Hiszpanach?

Fot.: główna (cc) BoHeMIo/flickr; tekst , (cc) Yellow.Cat/flickr i obchody chińskiego Nowego Roku, (cc) Joseph form Paris/flickr.