Chiny nie są zagrożeniem dla Europy ale jej szansą

Artykuł opublikowany 16 stycznia 2006
Artykuł opublikowany 16 stycznia 2006

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Doktor Yiyi Lu, szef programu chińskiego w Chatham House (Royal Institute of International Affairs ) opowiada cafe babel o gospodarczych i społecznych relacjach łączących Europę z Chinami.

Rozwój gospodarczy Chin oznacza, że nie mamy wyjścia- mimo strachu musimy stawić czoła krajowi, o którym stosunkowo niewiele wiemy. Zastanawiamy się, co rozwój Chin oznacza dla reszty świata, jednak doktor Yiyi Lu, starszy pracownik naukowy w Chatham House (brytyjskim instytucie spraw międzynarodowych) jasno twierdzi: „Chiny nie są zagrożeniem dla Europy, ale jej szansą”.

Ignorancja powoduje strach

Kontakty między Pekinem a Brukselą są trudne. Unia Europejska nałożyła w 1989 roku embargo na Chiny, a zablokowanie przez Unię importu tekstyliów jest, według doktor Lu „jednym z dwóch największych wyzwań stojących przed Chinami i Unią Europejską. Jedną z rzeczy niezwykle utrudniających postęp w relacjach europejsko-chińskich jest brak spójnej polityki unijnej wobec Chin. Jest to spowodowane tym, że poszczególne kraje członkowskie mają różne linie polityczne i różne poglądy co do kontaktów z Chinami”.

Kolejną przeszkodą jest strach Unii Europejskiej przed tanimi towarami pochodzącymi z Chin, który doktor Lu nazywa „ignorancją”. „ Chiny mogą eksportować tanie towary do Unii Europejskiej. Z drugiej strony, kraje Unii mogą korzystać z liberalizacji rynku, jaka powoli zaczyna mieć miejsce w Chinach. Na przykład rośnie odsetek brytyjskich firm działających w sektorze finansowym. Przedtem nie było możliwości, aby zagraniczna firma weszła na chiński rynek. Teraz jest to możliwe.”

Dobre i tanie?

Mimo, że europejscy producenci towarów nie-luksusowych nie są zbyt zadowoleni z faktu, że „kupcy detaliczni oraz konsumenci są zachwyceni rosnącą ilością chińskich produktów na rynku, po prostu dlatego, że ich cena jest nie do pobicia”. Co więcej, chiński boom ekonomiczny oznacza, że „prestiżowe marki, takie jak Gucci, Armani i Chanel mogą zaoferować europejskie produkty luksusowe szybko pojawiającej klasie ludzi bogatych ”. Z pewnością w największych chińskich miastach łatwo zauważyć wielkie centra handlowe, w których rosnący w siłę nuworysze mogą kupić produkty najbardziej luksusowych marek. Niemniej jednak, chińskie podróbki, udające słynne europejskie marki, zalewają rynek towarów nieco mniej luksusowych w kraju i za granicą. Żeby zatrzymać ten proces, podejmuje się pewne drastyczne środki, takie jak na przykład te zastosowane na rynku XuiShui w Pekinie.

W rezultacie, domy mody, których produkty są podrabiane czują, że mają małą kontrolę nad tym, co produkuje się w Chinach i czują się tym zagrożone. Doktor Lu potwierdza to, jednocześnie dodając, że ”jest to druga strona monety. Wiele z tych słynnych firm już przeniosło swoją produkcję do Chin dlatego też trudno nie oczekiwać, że część t-shirtów i ubrań zostanie skopiowana. Nie powinniśmy jednak tego oceniać, to tylko łatwy do przewidzenia efekt uboczny”.

Najpierw gospodarka, potem prawa człowieka

Kolejny problem polega na warunkach w jakich są produkowane towary. Rzeczywiście, często prawa człowieka nie są szanowane w Chinach, pomimo rządowej obietnicy poprawy z 2004 roku. Ostatnia wizyta prezydenta Hu Hintao w Wielkiej Brytanii została oprotestowana przez grupy żądające zarówno zaprzestania okupacji Tybetu, jak i odłączenia się Tajwanu. Głośna wizyta prezydenta Busha w jedynym kościele protestanckim akceptowanym przez państwo może być uznana za podkreślenie potrzeby wolności religijnej.

Niemniej jednak, doktor Lu twierdzi, że „Ameryka nie ma prawa pouczać Chin w sprawie przestrzegania praw człowieka, jako że ona sama nie ma czystego sumienia. Dopóki Stany Zjednoczone nie uregulują swoich spraw, Chiny nie będą brać na poważnie ich żądań.”. Doktor Lu podkreśla również, że „prawa człowieka nie wpłynęły w żaden sposób na kontakty handlowe pomiędzy krajami Europy a Chinami”. Innymi słowy, europejskie żądania, aby szanować prawa człowieka, są jedynie polityczną retoryką, ponieważ „najpierw - gospodarka, potem - prawa człowieka”. W tym punkcie Unia zgadza z rządem Chin, który „uparcie twierdzi, że gospodarka i prawa nie powinny być ze sobą łączone: handel to handel, a prawa człowieka to prawa człowieka”. Jednak doktor Lu uważa, że to niekoniecznie źle, ponieważ „rozwój gospodarczy będzie prowadził do respektowania praw człowieka i wolności osobistych. Błędem byłoby odcięcie się od Chin teraz, ponieważ uderzyłoby to przede wszystkim w przeciętnych obywateli”.