Chiny ubierają Europę

Artykuł opublikowany 13 stycznia 2006
opublikowano w społeczności
Artykuł opublikowany 13 stycznia 2006

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Po liberalizacji światowego rynku tekstylno-odzieżowego w styczniu 2005 r. masowy import „made in China” wstrząsnął europejskim przemysłem tekstylnym.

Według szacunków Komisji Europejskiej, między styczniem a czerwcem 2005 import chińskich tekstyliów do UE wzrósł o 534 proc. Natychmiast pojawiły się protesty Euratexu, organizacji zrzeszającej głównych producentów europejskich tej branży, do których przyłączyły się Włochy, Francja i Hiszpania. W odpowiedzi na ich skargi, Unia Europejska zawarła z Chinami porozumienie o ograniczeniu do 2008 roku importu niektórych kategorii wyrobów tekstylnych. W sierpniu spór jednak znowu się zaognił, na przejściach granicznych do UE zatrzymano 80 mln sztuk chińskich tekstyliów wykraczających poza dozwolone limity. Po miesiącu negocjacji, Pekin i Bruksela osiągnęły kompromis: połowa nadwyżki zostanie przyjęta na rynku europejskim, zaś resztę odliczy się od limitów importowych ustalonych na następny rok.

Ubierać czy nie ubierać?

W 2004 r. UE sprzedała Chinom tekstylia o wartości około 514 mln euro, podczas gdy wartość chińskiego eksportu odzieży do Unii sięgnęła 16 mld euro. Różnica jest kolosalna i zostawia pole do odmiennych interpretacji. W wersji optymistycznej podkreśla się fakt, że znaczna część zatrzymanych chińskich produktów to w rzeczywistości realizacja zamówień wielkich europejskich sieci sklepów odzieżowych, takich jak Zara, H&M, Marks & Spencer. Zlecając produkcję części swych towarów przedsiębiorcom z krajów azjatyckich, by obniżyć koszty, sieci te znajdują się pośród nielicznych przedstawicieli tej branży, którzy umieli wyciągnąć korzyści ze zniesienia kontyngentów. Jeśli jednak spojrzeć na to zjawisko z innej strony, sytuacja może budzić obawy. Małe i średnie przedsiębiorstwa odzieżowe z Włoch, Hiszpanii, Grecji i Portugalii przechodzą trudny okres. Wprawdzie kryzys nie niczym nowym, ponieważ recesja w sektorze trwa już od wielu lat, ale zniesienie limitów importowych w Europie i dopuszczenie chińskiej konkurencji jeszcze pogorszyło sytuację. W niektórych krajach szacunkowe dane dotyczące likwidacji miejsc pracy są przerażające. We Francji przestało istnieć ok. 7 tys. stanowisk, w Hiszpanii – 70 tys., około 200 tys. we Włoszech.

Przemysł tekstylny i odzieżowy, będący podstawą włoskiej gospodarki, przeżywa ciężki kryzys, który pogłębia się jeszcze w związku z produkcją „made in Chinitaly”, czyli tanimi wyrobami niskiej jakości wytwarzanymi na terenie Włoch przez chińskich imigrantów. Włoscy producenci walczą dziś przede wszystkim o zaopatrywanie ubrań w etykiety informujące o ich pochodzeniu geograficznym. Jest to główne żądanie włoskiego zrzeszenia odzieżowo-tekstylnego SMI-ATI (Sistema Moda Italia e Associazione Tessile Italiana), które pragnie, by klienci mogli dokonywać świadomego wyboru.

Francja, która plasuje się na drugim miejscu na liście największych producentów tekstyliów w Europie, eksportuje 75 proc. swojej produkcji do innych krajów Unii. Skutki napływu towarów chińskich są dla niej oczywiste: utrata części rynku, a co za tym idzie – redukcja miejsc pracy. Konsekwencje te potwierdza Emmanuelle Butaud, dyrektor departamentu spraw gospodarczych i międzynarodowych we francuskim związku branży tekstylnej UIT (Union des Industries Textiles françaises). – Od 2002 roku obserwujemy przyspieszoną likwidację miejsc pracy, która dotyczy średnio 10 proc. stanowisk rocznie. W roku 2005 przewidujemy 12-procentową redukcję miejsc zatrudnienia.

Hiszpański przemysł tekstylny zdominowany przez małe i średnie przedsiębiorstwa również ponosi koszty tego kryzysu. Kolejne firmy bankrutują, a zawody związane z wyrobem odzieży stopniowo zanikają. Jedną z przyczyn erozji sektora jest delokalizacja zainicjowana kilkadziesiąt lat temu przez kilku wielkich producentów odzieży, takich jak np. grupa Inditex, do której należą między innymi Zara i Maximo Dutti. Jak ocenia Victor Fabregat, dyrektor hiszpańskiego CITYC (Centro Información Textil y de la Confección), Inditex, produkujący 30 proc. swoich towarów w Azji, przyjął dobrą strategię wobec zapowiadanego kryzysu w sektorze.

Zagrożenie „made in China”?

Chiny stanowią ogromny rynek, którego specyfika czyni z nich trudnego do pokonania konkurenta. To, co jedni widzą jako szansę dla biznesu, inni postrzegają w kategoriach wielkiego zagrożenia. Jedno jest pewne: import z Chin, ze względu na swe rozmiary, jest w stanie zdestabilizować każdy rynek, na którym się pojawi.

Liczni obserwatorzy przepowiadają rychły koniec europejskiego przemysłu tekstylnego, jeśli w sektorze tym nie nastąpią żadne zmiany. Co więcej, jak twierdzi Pablo Rovetta, analityk Iberglobal, w rzeczywistości znajdujemy się dziś w obliczu „zapowiadanego kryzysu”. – Już dziesięć lat temu przewidywano liberalizację tego rynku. Obserwując dynamizm chińskiej gospodarki, można było spodziewać się, że Europę zaleją tekstylia ”made in China”. Dlatego też słuszne wydaje się stwierdzenie, że przedsiębiorstwa europejskie z tej branży niedostatecznie przygotowały się do nowej sytuacji na rynku światowym.

Jak stawić czoła chińskiemu smokowi?

Europejski przemysł tekstylny uzgodnił wspólną strategię: zwiększyć wartość dodaną produktów tzn. podwyższyć jakość tkanin i wzornictwa. Dla producentów, którzy nie chcą przenosić swej działalności do Azji, jedyny ratunek stanowi zaoferowanie klientom towarów wyróżniających się swą jakością, a przy tym zdolnych, mimo ceny, obronić się przed konkurencją zalewających rynek tekstyliów masowej produkcji. W związku z tym Emmanuelle Butaud zwraca uwagę na konieczność rozwoju badań naukowych, jak również ochrony własności intelektualnej w sektorze tekstylnym. Należy szybko opracować spójną politykę w tej dziedzinie, ponieważ prognozy na przyszłość nie są zachęcające: według Banku Światowego, za kilka lat Chiny mogą już kontrolować ponad połowę światowego rynku tekstylno-odzieżowego.