Co dalej z Brexitem po wyroku Sądu Najwyższego?

Artykuł opublikowany 30 stycznia 2017
Artykuł opublikowany 30 stycznia 2017

Kolejny wyrok sądu i kolejny raz zapadła ta sama decyzja ­– ale tym razem już ostateczna. Sąd Najwyższy Zjednoczonego Królestwa orzekł, że do uruchomienia procedury Brexitu rząd Theresy May musi uzyskać zgodę parlamentu. Co to jednak konkretnie oznacza w świetle ostatnich bezprecedensowych zawirowań politycznych?

Od dnia, w którym obywatele Zjednoczonego Królestwa dowiedzieli się, że wyjdą z Unii Europejskiej minęło już siedem miesięcy, ale póki co cały proces wychodzenia wciąż pozostaje dosyć niejasny. Po głośnej batalii prawnej, apelacja rządu Wielkiej Brytanii została właśnie odrzucona przez sąd najwyższej instancji. Zapadła decyzja, że rząd nie ma prawa rozpoczynać negocjacji w sprawie Brexitu bez uzyskania zgody parlamentu.

Sędziowie Sądu Najwyższego orzekli większością ośmiu głosów do trzech, że zarówno Izba Gmin jak i Izba Lordów muszą poprzeć premier Theresę May, aby ta mogła rozpocząć ustalanie warunków wyjścia ze Wspólnoty z przywódcami pozostałych państw europejskich. Wiadomość z zadowoleniem przyjęli ci, którzy powołując się na powagę potencjalnych konsekwencji prawnych wynikających z opuszczenia Unii przez Wielką Brytanię przestrzegali, że brak możliwości jakiegokolwiek nadzoru tego procesu ze strony parlamentarzystów byłby niedemokratyczny.

Niektórych jednak wyrok rozczarował. Mowa tu przede wszystkim o organach władz ustawodawczych Szkocji, Walii i Irlandii Północnej, które zgodnie z wyrokiem nie będą miały nic do powiedzenia w kwestii warunków uruchamiania procedury opisanej w art. 50. Wyrok może też dolać oliwy do ognia w Szkocji, gdzie 62% głosujących opowiedziało się przeciwko Brexitowi i gdzie premier Nicola Sturgeon już odgraża się, że przeprowadzi ponowne referendum w sprawie niepodległości swojego kraju.

Jednak choć decyzja Sądu świadczy o porażce rządu May, naiwnie byłoby sądzić, że ministrowie w Londynie nie przewidzieli już wcześniej takiego scenariusza – zwłaszcza po przegraniu pierwszej sprawy w Wysokim Trybunale w listopadzie. Zapewne rząd ma już swój wcześniej opracowany plan działania na tę okoliczność. Dodatkowe ułatwienie zapewni mu także fakt, że sędziowie Sądu Najwyższego nie sprecyzowali formy, jaką powinna przyjąć decyzja o Brexicie. Wobec tego rząd ma wolną rękę jeśli chodzi o to, w jaki sposób przedstawić swoją propozycję Parlamentowi.

Jeśli wszystko dobrze pójdzie, premier May mogłoby nawet udać się zrealizować swój pierwotny plan uruchomienia procedury już w marcu. Jak najszybsze wyjście z Unii leży również w interesie posłów opozycji, nawet tych, którzy sprzeciwiali się Brexitowi lub nie akceptują warunków, na jakich Rząd chcę przeprowadzić rozwód z UE. Zważywszy na fakt, że negocjacje mają potrwać dwa lata, każde opóźnienie mogłoby przesunąć wyjście Zjednoczonego Królestwa z Unii do 2019 czy nawet 2020 roku. A to z kolei oznacza, że Brexit może kłaść się cieniem także na następnych wyborach powszechnych, a potencjalnie i na tworzeniu nowego rządu. Listopadowy wyrok Wysokiego Trybunału być może skomplikował cały proces, ale z punktu widzenia rządu wygląda na to, że wszystko wraca na prostą.

Oczywiście, bardzo wiele wydarzyło się na świecie od tego pierwszego wyroku. Donald Trump wygrał wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych i objął urząd na fali nacjonalistycznego gniewu. Matteo Renzi złożył rezygnację z funkcji premiera Włoch po tym, jak Włosi masowo odrzucili proponowane przez niego reformy w referendum. Holenderski premier Mark Rutte, czując się zagrożony depczącym mu po piętach liderem skrajnej prawicy Geertem Wildersem, opublikował kontrowersyjny list otwarty o imigracji i tożsamości narodowej. We Francji zaś Marine Le Pen krąży niczym ksenofobiczny sęp nad ostatnimi dniami prezydentury François Hollande.

Na tle tych wszystkich wydarzeń Brexit być może trochę wypadł z nagłówków gazet, ale nie zniknął. I z pewnością nie zniknęły też strach i złość, które do niego doprowadziły.