Co się dzieje w Dadaab, największym obozie dla uchodźców na świecie?

Artykuł opublikowany 22 września 2015
Artykuł opublikowany 22 września 2015

Świat zmaga się z największym kryzysem uchodźczym od II wojny światowej. Zaangażowanie pomocników socjalnych nigdy nie było ważniejsze. Nasza dziennikarka Madalina Paaman odwiedziła Dadaab, największy obóz uchodźców na  świecie na granicy Kenii i Somalii, by zbadać, z jakimi wyzwaniami muszą zmierzyć się ci, którzy opiekują się jedną z obecnie najwrażliwszych grup ludzi.

Fala gorącego suchego powietrza uderzyła mnie w twarz, gdy wychodziłam z samolotu. Prawie nie mogłam oddychać. Rozejrzałam się,  jednak wszystko, co widziałam to lotnisko. Pośrodku tumanu pyłu w rzędzie ustawiły się białe Land Cruisery z włączonymi silnikami – jakby przygotowywały się do startu w rajdzie. Lotnisko Dadaab jest w istocie tylko pasem startowym; czarnym pasem asfaltu użytkowanym zarówno przez transportowe jak i pasażerskie samoloty zarządzane przez Organizację Narodów Zjednoczonych.

Nasz bagaż czekał obok samolotu. Podniosłam swój plecak i zanim zorientowałam się, co się dzieje, niski mężczyzna zaprowadził mnie do jednego z samochodów i ruszył do obozu. Kurz, który w powietrze wzbiły samochody sprawiał, że nie dało się podziwiać widoków. Jedyne co wywnioskowałam, to dziury w drogach które sprawiały że podskakiwałam w samochodzie jak piłka.

Zatrzymaliśmy się przed bladoniebieską bramą połączoną z betonowym murem zakończonym drutem kolczastym. Poproszono mnie o przedstawienie dokumentów. Po szybkim przywitaniu – „karibu” („witaj” w języku Suahili, red.), ruszyliśmy do kompleksu. Od momentu wejścia do samochodu, aż do momentu, gdy otrzymałam mój identyfikator dostępu, zastanawiałam się skąd ten pośpiech? Jak miałam się dowiedzieć później, takie podróżowanie to tu „normalka”; pracownicy pomocy muszą być transportowani trasami, które potencjalnie omijają „wąskie gardła”.

Obóz znajduje się w hrabstwie Garissa, na kenijskiej granicy z Somalią. Dadaab wciąż jest największym obozem uchodźców na świecie. Został wzniesiony ponad 23 lata temu, a jego wstępnym założeniem było zapewnienie schronienia dla 90 000 Somalijczyków uciekających przed wojną domową. Spodziewano się, że będzie to rozwiązanie tymczasowe. Przez  ciągłe konflikty zbrojne i ciężkie susze, obóz ten przetrwał prawie 25 lat i na przestrzeni lat jego populacja wzrosła około pięciokrotnie, gdy do Somalijczyków dołączyli mieszkańcy Konga, Sudanu, Rwandy Ugandy i Burundi. Z 350 000 mieszkańcami, Dadaab stanowi teraz trzecie największe skupisko ludzkie w Kenii, czyli mniej więcej odpowiada niemieckiemu Bonn, duńskiemu Aarhus czy włoskiej Florencji.         

W 1991 roku nie było tu nic poza małym miasteczkiem, czerwonym piaskiem i dziczą pustyni. I wtedy zaczęli napływać uchodźcy. Rok po roku fale migrantów zaczęły wywoływać zmiany w krajobrazie. Teraz jest tu pięć obozów: Ifo, Ifo 2, Hagadera, Dagahaley oraz Kambios. Razem zajmują teren 50 kilometrów kwadratowych, z infrastrukturą pozwalającą na przetrwanie zarówno społeczności lokalnej jak i populacji uchodźców. Są tu sklepy, markety, bank, bankomat, busy i nawet taksówki.

Pomoc bez obierania stron - biznes pracowników humanitarnych

Zainteresowałam się problemem humanitarnym gdy pracowałam z Rumuńskimi organizacjami non-profit. Lecz to Bogdan Dumitru, Dyrektor Krajowy CARE International w Kenii i jego historie o pracy we wsparciu humanitarnym, rozwoju i programie pomocy CARE zachęciły mnie do głębszego zainteresowania się tematem.

Spotkaliśmy się w Nairobi. Miał na sobie białą koszulę i czarne spodnie od garnituru, perfekcyjnie, krótko przycięte włosy. Nie tak go sobie wyobrażałam. Jeśli chodzi o pracowników organizacji humanitarnych, moja wyobraźnia podsuwała mi obrazy bliższe połączeniu Indiany Jonesa i hipisa.Bogdan Dumitru pracował przy projektach rozwojowych przez prawie 25 lat. Brał udział w licznych misjach humanitarnych: w tym w Liberii, Gwinei, Bośni i Hercegowinie, Chorwacji, RŚA, Albanii, Demokratycznej Republice Konga, Kongu-Brazzaville, Jugosławii, Afganistanie, Iranie, Iraku, Sri Lance, Jordanie, Czadzie i Kenii. 

Z uśmiechem przytacza kilka wydarzeń rzeczywiście przywołujących na myśl przygody Indiany Jonesa. Raz został postrzelony jadąc pojazdem Czerwonego Krzyża, kiedy indziej spał pod gwiazdami w hamaku w dżungli. Albo kiedy podczas bombardowania jego hotelu był tak zmęczony, że wolał wziąć koc i poduszkę i spać w wannie, zamiast uciec do piwnicy jak reszta gości.

Widział zniszczenie, nieszczęścia i niewyobrażalną biedę. I śmierć. Dużo śmierci. Mimo, że o niej myśli, nie lubi o niej mówić. „Wiesz, pozmieniało się, gdy urodził mi się syn” – mówi, „teraz staram się skupiać i być wyważonym, ale za każdym razem, gdy widzę zagrożone dziecko, nie mogę przestać o nim myśleć”.    

Bogdan jest pragmatyczny, skupiony na celu. Pomoc humanitarna to nie tylko karmienie głodnych; to też dostarczanie wody, środków sanitarnych, zapewnianie rozwoju edukacji seksualnej i społecznej. Działalność obozów uchodźczych Dadaab polega głównie na tym, ale porusza także sprawy logistyczne: magazynowanie i dystrybucję paliw, warsztaty, utrzymanie floty pojazdów. „Ale zrozumiesz lepiej, gdy już tam będziesz” – mówi mi Bogdan.

Zrozumiałam.

Gdy weszłam do komleksu, powitał mnie  Rob Volway, Szef Operacji Uchodźczych w Dadaab z CARE. Miał, jak Bogdan, duże doświadczenie w pracy przy rozwoju podobnych projektów. Ten Kanadyjczyk urodzony w Kampali w Ugandzie pracował przy akcjach humanitarnych w Kosowie, Gazie, Afganistanie, Indonezji, Sudanie i Kenii.Rod szybko oprowadził mnie po pierwszych budynkach, głównie kwaterach administracji: biurach, stołówce, kwaterach, a w końcu po The Greasy Pit, barze gdzie zarówno pracownicy humanitarni, jak i koty zbierają się wieczorami, by odpocząć i nacieszyć się sobą. To prawdziwa oaza dla służby humanitarnej.                 

Jest wiele elementów, które składają się na sprawne funkcjonowanie obozu uchodźczego, większosć z nich może być łatwo przeoczona przez ludzi z zewnątrz. W kompleksie CARE jest miejsce, które wygląda na mniej ważne niż szkoły czy punkty dystrybucji żywności w obozach. Jest to jednak niezbędna część wielkiego organizmu którym jest Dadaab: wielki warsztat mechaniczny, który obsługuje i naprawia około 313 pojazdów, należących do UNHCR i innych organizacji pozarządowych. Bez tych pojazdów dostarczenie uchodźcom wsparcia okazałoby się niemożliwe. Co więcej, operacje CARE w Dadaab wymagają też przechowywania i dystrybucji paliw, wytwarzania i dystrybucji podstawowych artykułów pomocy (kanistry, plandeki, koce, naczynia do gotowania itp.), utrzymywania prądnicy i dostarczania wsparcia biurowego.

Zawsze na straconej pozycji           

O pracownikach humanitarnych zwykle mówi się w prasie tylko, gdy zostają porwani lub giną. Według  bazy danych pracowników humanitarnych, w przeciągu ostatnich 10 lat zginęło około 1 025 osób. 

Bezpieczeństwo jest dużym wyzwaniem w tym rodzaju pracy, a dla ludzi, którzy zarządzają dużymi drużynami, podejmowanie decyzji nie jest łatwe: 

„Każdy ma prawo mówić co jest jego fachem, czy coś ich niepokoi wciąż trzeba polegać na wielu by dobrze zanalizować sytuację, aby uznać czy jest bezpiecznie” – mówi. „Czasem możemy być w błędzie, mogą istnieć fakty, które nam umknęły”.

Niegdyś terroryści starali się unikać ataków na pracowników humanitarnych, gdyż wszystkie strony doceniały ich wkład. Wszystko pozmieniało się w osatatnich latach – teraz pracownicy humanitarni są pożądanymi celami, szczególnie dla korzyści finansowych terrorystów.

Jednak Dadaab nie jest terenem konfliktu, mówi sie o nim jako o strefie wysokiego ryzyka. Zawsze, gdy istnieje zagrożenie, przejazdy do i z obozu są obostrzone. Wstrzymuje to prace humanitarne, wpływa tez źle na życie uchodźców.

Niprzewidywalność również gra ważną rolę w sposobie, w który przeprowadzane są programy pomocowe w obozach Dadaab. To niekoniecznie ataki terrorystyczne, zamieszki w kwaterach uchodźców czy epidemia cholery. Niestabilność przyjmuje tu wiele postaci i znaczeń: pożary spowodowane wysokimi temperaturami, powodzie sppowodowane deszczem, roznoszące się plotki, brawurowe komentarze innej NGO, nieprawdziwe relacje w mediach czy nadgorliwy najazd kenijskiej policji. Dzień dzieli się tu między długie wizyty w terenie i spotkania z UNHCR, lokalnymi społezcnościami i innymi organizacjami pozarządowymi.

 

Mimo tego, że ochrona jest najbardziej oczywista trudnością, istnieje wiele innych. Życie w ośrodku oznacza dostosowanie się do rygorystycznej diety: ryż, fasola, czasem makaron czy gotowane warzywa, bardzo proste kwatery I bardzo mało rozrywki. Jest kort tenisowy, boisko do piłki nożnej i ekran telewizyjny w The Grease Pit.  Możliwości podróży w obie strony są regulowane i zwykle wymagają policyjnej eskorty.

Są też aspekty personalne. „Nigdy nie czuć tu stałości” – tłumaczy Rod Volway. „Kilka lat tutaj, kilka gdzie indziej, ciężko utrzymać więzi z rodziną i przyjaciółmi przez lata podróżowania”. Rod uważa się za szczęściarza, bo w Dadaab spotkał swoją żonę – też pracowniczkę humanitarną. Jednak takie przypadki to raczej wyjątek.

W czasie największego kryzysu uchodźczego od czasów II wojny światowej, wielkiego eksodusu z Syrii i innych terytoriów nękanych konfliktami, rola organizacji humanitarnych zdaje się być większa niż kiedykolwiek. Przez te 10 dni w Dadaab nauczyłam się tego, że bez pomocy pracowników humanitarnych, wielu z tych uchodźców by nie przeżyło.