Cyberprzemoc: jak uciec z gniazda trolli

Artykuł opublikowany 11 sierpnia 2016
Artykuł opublikowany 11 sierpnia 2016

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

W dobie cyfryzacji dziennikarstwo stanęło w obliczu wielu zmian, zwłaszcza w kwestii utrzymywania stałego kontaktu z czytelnikami za pośrednictwem Internetu. Choć dostarcza to wartościowych informacji o preferencjach konsumentów, może również zadziałać jak obosieczny miecz, jeśli do akcji wejdą trolle. W niniejszym artykule staniemy twarzą w twarz z okropnym światem cyberprzemocy.

„Nie czytaj komentarzy!” – ostrzega mnie Maggie Downs, felietonistka Los Angeles Timesa i Washington Posta. Po opisaniu historii swojego porodu i tego, jak badania na obecność amfetaminy dały wówczas u niej wynik dodatni, Maggie wie, czego się spodziewać. Jako że zajmuje ważne stanowisko jej post, opublikowany na platformie internetowej Narratively, szybko rozprzestrzenił się w sieci – na samym Facebooku udostępniono go 17 000 razy. Komentarze są wszędzie, więc ciężko ich unikać, ale dziennikarka mówi, że boi się je przeczytać.

Amy Binns, starsza wykładowczyni na University of Central Lancashire na kierunku dziennikarstwo, tłumaczy, że komentarze na internetowych platformach informacyjnych czy społecznościowych mogą wywołać ożywioną dyskusję pełną konstruktywnej krytyki tudzież owocnej wymiany poglądów, nie tylko dla czytelnika, ale również dla dziennikarza. Jednak „interaktywna strona” może również „spowodować wiele problemów” – cyberprzemoc w Internecie jest na porządku dziennym.

Who you gonna call? Troll Busters!

Wyniki badania przeprowadzonego przez Pew Research Centre wskazują, że na każdych 10 użytkowników czterech padło ofiarą cyberprzemocy. W artykule „The dark side of Guardian comments” (pol. Ciemna strona komentarzy Guardiana), niedawno opublikowanym przez The Guardian, znęcanie się zdefiniowano na dwa sposoby: jako „groźby śmierci, gwałtu lub okaleczenia” i ‑ w nie tak skrajnej formie ‑ „poniżenie i obrazę słowną skierowaną do autora artykułu lub innego komentarza”.

The Guradian, tak jak i wiele innych platform informacyjnych, automatycznie blokuje takie formy znęcania się nad innymi. Jednak nie wszystkie platformy stosują tę politykę. Ponadto cyfrowe miejsce pracy dziennikarza wykracza poza zwykłe media internetowe. Oznacza to, że Twitter, Facebook, Youtube, blogi czy Instagram są równie ważne w szarej codzienności osoby przyczyniającej się do tworzenia treści internetowych.

„Organizacje medialne są niewystarczająco przygotowane na tego rodzaju działania. Ponadto powinny się szkolić w zapewnianiu odpowiedniego wsparcia” – mówi Michelle Ferrier, założyciel TrollBusters, strony internetowej reklamującej się hasłem „online pest control for women writers” (pol. „zwalczanie internetowych szkodników na rzecz pisarek”), na której ofiary mogą zgłosić zaistniały akt przemocy internetowej. „Organy prawa często nie zwalczają cyberprzemocy, a liczne platformy, umożliwiające znęcanie się, ją ignorują.”

Problemem jest, że platformy informacyjne czerpią zyski z ruchu internetowego, niezależnie od tego, jak bardzo jest on szkodliwy. Tak więc zadanie sobie pytania „Co najlepiej zdaje egzamin na Facebooku?” przed stworzeniem treści stałą się zasadą, a nie wyjątkiem. Huffington Post na przykład wykorzystuje system testowania nagłówków w czasie rzeczywistym w celu zdobycia większej liczby czytelników. Zasada działania jest prosta: oszukać algorytm, być na szczycie, wygrać wojnę informacyjną.

Demokracja deliberatywna 2.0

Kontakt dziennikarza z odbiorcami zdaje się nieunikniony i wręcz niezbędny, aby przywrócić zaufanie do tradycyjnych redakcji prasowych w czasach, w których każdy może odsiać niechciane informacje i w których popularność pewnych treści jest uzależniona od liczby kliknięć i udostępnień w Internecie.

Ilka Jacobs z Wydziału Łączności na Uniwersytecie Jana Gutenberga w Moguncji uważa, że dzięki Internetowi „komuniaktory” i „odbiorcy” mają teraz dostęp do płynnego przepływu informacji, tym samym torując drogę indywidualnym przemianom politycznym.

Demokracja deliberatywna 2.0 w końcu nadeszła. Czy Habermas nie byłby zadowolony? Jednak gdy dochodzi do konfrontacji oczekiwań z rzeczywistością, wszystko nabiera innego znaczenia.

Dziennikarka Gaurdiana Jessica Valenti podsumowała ten problem w następujący sposób: „Wyobraźcie sobie, że pokonując drogę do pracy, codziennie natykacie się na setki ludzi mówiących: «Jesteś głupi, okropny, do bani», «Nie wierzę, że ci za to płacą» itd. To dość straszna droga.”

Gdy opublikowałam na facebookowej grupie dla studentów zagranicznych w Aarhus przewodnik mówiący o tym, jak pomóc uchodźcom przybywającym do Danii, pod moim postem pojawiły się następujące komentarze: „Zobaczmy, jak molestują kobiety w biały dzień” – 17 polubień. „III wojna światowa. Syryjczycy w Europie” – sami przeczytajcie kolejne.

Jednak najbardziej niepokojący komentarz brzmiał: „Aby opisać stan umysłu takich ludzi ukułem nowe słowo: uchodźcofilia – irracjonalna (i prawdopodobnie niebezpieczna) empatia względem osoby, która może być uchodźcą.”

Gdy nie otrzymujesz komentarzy wiesz, że zaistniał problem

Słyszy się obawy, że w przyszłości mniej popularne tematy nie będą poruszane w takim stopniu, jak dzisiaj, z uwagi na cyberprzemoc, w obliczu której stoją. I obawy te są nie bez znaczenia, biorąc pod uwagę, że kobiety i mniejszości narodowe najczęściej padają ofiarą trolli internetowych. Jednak z drugiej strony to tylko jedna strona medalu.

Gdy przeprowadzałam badanie internetowe, w którym pytałam dziennikarzy, jak radzą sobie z takimi komentarzami, jeden z respondentów odpowiedział: „Gdy nie otrzymujesz komentarzy lub nie ma ludzi, którym podoba się to, co napisałeś, wówczas wiesz, że zaistniał pewien problem.” Nie każdy jednak cierpi z powodu niechęci. W rzeczywistości dziennikarze radzą sobie z tym na różne sposoby. Wachlarz odpowiedzi rozwijał się od „Czuje się źle przez wiele dni” i „Powiedziałem/am o tym mojemu psychiatrze” aż po „Staram się je ignorować”, „Śmieję się z nich”, „Nie przerywam swojej pracy” i „Nie czytam ich nieprzygotowany/a”.

Internet łączy olbrzymią część globalnej populacji, co wiąże się z istnieniem wielu opinii. Tendencyjne byłoby oczekiwanie od wszystkich ludzi na świecie, żeby zgadzali się we wspólnej sprawie – tak samo jak myślenie, że dziennikarz zawsze może być nieludzko bezstronny. Różnica polega na tym, że teraz trzeba dołożyć jeszcze więcej starań, aby pozostać bezstronnym.

---

Niniejszy artykuł został opublikowany przez nasz lokalny zespół cafébabel Aarhus.