Czy interwencjonizm jest złem koniecznym?

Artykuł opublikowany 6 sierpnia 2015
Artykuł opublikowany 6 sierpnia 2015

[Opinia] W wyniku ostatnich zdarzeń, które miały miejsce na Środkowym Wschodzie oraz w Afryce, nasuwa się nam pytanie: dlaczego rządy odwracają wzrok widząc, jak ludność zagrożona jest atakami na tle religijnym? 

Każdego dnia docierają do nas tragiczne informacje o zdarzeniach zza Morza Śródziemnego, z sąsiadującego kontynentu. Jednak nie pozostaje nam nic innego, jak drżeć na myśl o tym, czego doświadczają mieszkańcy osaczeni przez ruchy ekstremistyczne.

Jedno z groźniejszych zabójstw miało miejsce na Uniwersytecie GarissaKenii, gdzie zginęło 148 studentów. Wszyscy wyznawali chrześcijanizm i z tego powodu zostali zabici z rąk ekstremistów, którzy walczą o wykorzenienie wszystkiego, co sprzeczne z naukami islamu.

Afryka jest kontynentem, który stara się dostosować do obecnej sytuacji pomimo swoich wątpliwych praw i rządów „prawie-demokratycznych”, panujących dzięki poparciu potężnych organizacji. Jednak obecna sytuacja nie jest niczym nowym, za przykład może posłużyć rwandyjska masakra z 1994 roku, w której większość etniczna Hutu zamordowała 500 tysięcy do miliona osób z plemienia Tutsi. Podczas gdy popełniano czyny tak okrutne, priorytetem rządów państw wysoko rozwiniętych, takich jak Belgia, była repatriacja swoich mieszkańców znajdujących się na zagrożonym terenie, pozostawiając mniejszość Tutsi na pastwę losu. Zdarzenia tego typu stały się chlebem powszednim, umiejscowionym jednak na marginesie naszego zainteresowania. Trzeba jednak zdać sobie sprawę z tego, ze stoimy przed życiową lekcją, z której jeszcze nie wyciągnęliśmy wniosków, albo raczej nie chcieliśmy tego zrobić. 

Po eksterminacji Żydów dokonanej przez nazistowskie Niemcy, na Watykan spłynęła fala krytyki. Ówczesnej głowie Kościoła Katolickiego papieżowi Piusowi XII oraz państwom sprzymierzonym zarzucano brak interwencji w sprawie straszliwego ludobójstwa. Wraz z zakończeniem II wojny światowej powstała organizacja Narodów Zjednoczonych, której celem było bronienie pokoju na świecie, jednakże w praktyce działania prowadzące do osiągnięcia celu były mało efektywne. I tutaj pojawia się pytanie: czy powinniśmy interweniować kolektywnie, czy raczej każdy naród powinien rozwiązywać swoje własne konflikty?

Jeśli mowa o interwencjonizmie, warto wspomnieć o Stanach Zjednoczonych. Od kadencji prezydenta Trumana, polityka zagraniczna USA bazuje na aktywnym udziale w konfliktach zagranicznych. Mimo że początkowo ich cel był zupełnie inny od aktualnego – na początku lat 50. walczono z komunizmem – można zauważyć wyraźne przykłady braku działania zgodnie z ustalonym celem. Za przykład posłużyć może Wojna w Zatoce Perskiej czy też trzęsienie ziemi na Haiti z 2010 roku.

Wspólny mianownik nigdy się nie różni, a tym właśnie była i jest dobra pozycja ekonomiczna. Porażka kilku ważniejszych kampanii, takich jak Wojna w Wietnamie, zawsze była ostro krytykowana zarówno przez media, jak i opinię publiczną. Interwencjonizm nie jest ogólnie dobrze postrzegany, ponieważ zawsze istnieje ryzyko wejścia w taki konflikt, który implikował będzie także zagrożenie dla życia cywili. Pomimo tego, powinniśmy dobrze przemyśleć sprawę i wczuć się w sytuację po drugiej stronie.

Jedyna bezsporna prawda jest taka, że wszyscy bezwzględnie jesteśmy winni tej sytuacji. To nie my decydujemy, jednak w świecie, który sami tworzymy, potrafimy tylko współczuć i ignorować fakty otaczające nas na co dzień. Poprawa jest metodą, dzięki której możemy naprawić nasze błędy. Jest to kwestia wyboru pomiędzy podjęciem działań w konkretnej sprawie a pozwoleniem, aby inni ponieśli konsekwencje. Nie chodzi tutaj już o zysk dla rządów, który stanowi ich jedyną motywację do działania, a raczej o wybór pomiędzy złem XXI wieku i rzeczywistością pełną okrucieństwa rodem ze Średniowiecza.

Głównym celem, dla którego państwa bardziej rozwinięte powinny zaangażować się w sprawy państw zagrożonych jest zagwarantowanie ścieżek demokratycznych pozwalającym mieszkańcom na to, by sami potrafili walczyć o swoje prawa, których się im odmawia.

Pomijając niehumanitarne pobudki rządów, należałoby zastanowić się do jakiego stopnia możemy wpłynąć na poprawę sytuacji ludów porzuconych przez innych, ponieważ sam brak interwencji stawia nas na pozycji wspólników zbrodni. Europa jest w stanie oprzeć się i pokazać, że jest moralna i na wyższym poziomie intelektualnym niż przemoc i okrucieństwo, jak wtedy gdy, po ataku dżihadystów na tygodnik Charlie Hebdo, cały kontynent zsolidaryzował  się z Francją. Jednak wspomniana wyższość może szybko przeistoczyć się w hipokryzję i wstyd, kiedy słowa są tylko słowami, używanymi tylko po to, aby przyodziać nas w złote szaty, podczas gdy inni noszą krwistą czerwień.