Czy Kaczor Donald znał Goethego i Schillera?

Artykuł opublikowany 19 października 2016
Artykuł opublikowany 19 października 2016

Pewna dama z dobrego domu nie zamieniła ze mną ani jednego słowa, a mimo to sprawiła, że pokochałem języki. Jak zdołała tego dokonać? Erika Fuchs przetłumaczyła komiksy Disneya na język niemiecki, ale jej wersja nie dochowała wierności amerykańskiemu oryginałowi – i chwała jej za to.

Gdy byłem mały, w moim domu rodzinnym można było znaleźć tylko dwie książki: Mundial 1974 i Wizytę papieża w Osnabrück w 1980 roku. Były to dwa albumy z fotografiami i obydwa leżały na szafce pod telewizorem, obrastając w kolejne warstwy kurzu. Skłamałbym więc mówiąc, że miłość do języka wyssałem z mlekiem matki. Jest to zasługa innej kobiety, której tak naprawdę nigdy nie spotkałem. Doktor Erika Fuchs mieszkała na drugim końcu Niemiec i przeżywszy 98 lat, zmarła w 2005 roku w Monachium. Dopiero później zrozumiałem, że to właśnie ona mimochodem przedstawiła mi, małemu Jensowi, najważniejsze dzieła niemieckiego kanonu.

Historia pani Fuchs rozpoczyna się na długo przed moimi narodzinami. W 1951 roku 44-letnia absolwentka historii sztuki otrzymuje nowe zlecenie: ma za zadanie przetłumaczyć amerykańskie historyjki obrazkowe, których głównymi bohaterami są gadające kaczki i myszy! Co gorsza, dialogi tego „komiksu” ściśnięto w maleńkich dymkach. Kto zechce coś takiego czytać? Fuchs długo się waha, ale ostatecznie przyjmuje zlecenie. Po wojnie ciężko było, szczególnie kobietom, zdobyć płatne zajęcie, gdyż powracający z frontu mężczyźni wypchnęli je z rynku pracy.

Przekład pełen błędów

Świeżo upieczona redaktor naczelna Micky Maus nie była największą fanką dosłownych tłumaczeń. Hamburger zmienił się więc w zupę gulaszową, a mieszkańcy Entenhausen (ang. Duckburg, pol. Kaczogród, red.) nie znali Halloween, lecz przebierali się z okazji Rosenmontag (przedostatni poniedziałek karnawału, red.). W przeciwnym razie Niemcy nie zrozumieliby całej tej historii! Wymyślając nazwy miejsc i sklepów, Erika Fuchs wykorzystała to, co znała z własnej okolicy. Schnarchenreuth, Kleinschloppen i Bobengrün brzmią może jak wyjęte z bajki, ale istnieją naprawdę! Tłumaczka postanowiła przechrzcić jedynie Oberkotzau na Oberklotzau. Nie chcemy być przecież zbyt ordynarni... (kotzen to po niemiecku wymiotować, red.)

Co ważne, zaklinaczka słów nie zawahała się przed włożeniem w usta Dagoberta (Sknerusa McKwacza, red.), Donalda i spółki tekstów znanych z niemieckojęzycznej literatury i muzyki. „Das leuchtet und sprüht und flackert und brennt. Ein wahres Hexenelement” –papla wściekły Donald, cytując Fausta Goethego („Ogień i chuć – skrzy, świeci, pryska, na czarnoksięskie mknie igrzyska!”, tł. Emil Zegadłowicz). A gdy umorusani Tick, Trick i Track (Hyzio, Dyzio i Zyzio, red.) uciekają przed swoim wujkiem, który chce ich wsadzić do balii z wodą, składają uroczystą przysięgę, podobną do tej, która dała początek Szwajcarii: „Wir wollen sein ein einzig Volk von Brüdern, in keiner Not uns waschen und Gefahr. Jetzt und immerdar.” („Chcemy być jednym narodem braci, którzy się nie umyją w potrzebie i zagrożeniu. Teraz i zawsze”.)

Fuchs zmieniła także charakterystyczne cechy języka bohaterów. Choć po angielsku wszystkie postacie mówią bardzo podobnie, tłumaczka zdecydowała się na wprowadzenie subtelnych różnic. Dagobert wyraża się w wyjątkowo dystyngowany sposób, czego można spodziewać się po mężczyźnie w jego wieku i o jego statusie. Język Pancerknackerów (Braci Be, red.) charakteryzuje berlińska gwara przestępcza, a Tick, Trick i Track używają młodzieżowego slangu ówczesnej RFN.

Znakiem rozpoznawczym Eriki Fuchs stało się częste używanie wymyślnych aliteracji („wo wilde Wogen wüst walten”) i form znanych jako „Inflektive” – czasowników skróconych do samego rdzenia, które dzisiaj przeżywają swój renesans w komunikacji elektronicznej, *rolleyes*. Jednak Fuchs korzystała z tych form nie tylko w przypadku czasowników opisujących dźwięk (schluck – przełknięcie, knarr – trzask, czy ächz – stęk), ale także przy wszystkich innych (grübel – dumanie, zitter – dreszcze, staun – szok). Językoznawcy zupełnie poważnie określają dziś te formy jako „Erikative”.

Muzeum Kaczora Donalda i Schwarzenbach

Ja też się dziwię, gdy wysiadam z regionalnego pociągu na stacji Schwarzenbach and der Saale. To tutaj, w samym środku Górnej Frankonii, Erika Fuchs zdecydowała się spędzić długie lata życia – a wszystko z miłości do męża. Po jego śmierci w latach 80. XX wieku, bez zbędnych sentymentów przeniosła się do wielkomiejskiego Monachium. Mimo to mieszkańcy Schwarzenbach poświęcili swojej najbardziej znanej obywatelce całe muzeum. Dom Eriki Fuchs, czyli pierwsze niemieckie muzeum komiksu, otwarto w ubiegłym roku. Jego projekt i budowa kosztowały 5 milionów euro. Całkiem sporo jak na siedmiotysięczną miejscowość, nawet jeśli większość kosztów pokryły dobrowolne datki.

Idąc główną ulicą miasteczka, którą tory kolejowe dzielą na August-Bebel-Straße i Bahnhofsstraße, można odnieść wrażenie, że kiedyś mieszkańcom tej okolicy powodziło się lepiej. Wiele sklepów stoi opuszczonych, gdzieniegdzie na wystawach można dostrzec pożółkłe towary. 

Region był niegdyś znany z rozwiniętego przemysłu. Ludzie pracowali w odlewni żeliwa, spawali części maszyn (między innymi w fabryce pieców należącej do męża Eriki, Güntera), tkali i wypalali porcelanę. Dziś niewiele z tego zostało. Niektóre gałęzie przemysłu stały się zbędne, a pozostałe przeniesiono do krajów, gdzie produkcja jest tańsza. Zagospodarowanie domu Eriki Fuchs ma na celu zapobiegnięcie tej negatywnej tendencji. Niektórzy sprzedawcy twierdzą nawet, że przenieśli swoją działalność do Entenhausen.

Początkujący komiksowicze

Dyrekcja muzeum postawiła sobie za cel przyciągnięcie od 15 do 20 tysięcy odwiedzających rocznie. To niezbyt wiele jak na tak drogi projekt. „Nie liczyło się to, jakie miejsce stanowiłoby najlepszą lokalizację dla pierwszego niemieckiego muzeum komiksu. Chodziło nam raczej o to, czy otwarcie takiego muzeum byłoby korzystne dla danej miejscowości” – tłumaczy Alexandra Hentschel, przewodniczka muzealna. Jest dumna z tego, że do połowy czerwca, czyli w ciągu pierwszych 10 miesięcy działalności, muzeum odwiedziło już 19 tysięcy osób. Było wśród nich wielu uczniów, ale większość zwiedzających już dawno opuściła szkolne ławki. Wycieczki organizują parafie, organizacje charytatywne, a nawet lokalne przedsiębiorstwa zapraszają swoich pracowników na zwiedzanie. Krótko mówiąc, nacisk kładzie się tu nie na zagorzałych fanów, lecz na początkujących komiksowiczów.

Jakie było moje pierwsze wrażenie, gdy przechodziłem z pokoju do pokoju, oglądając kolejne wystawy? Trochę tu pusto. To jednak przyjemna pustka, zwłaszcza gdy pomyślimy, jak bardzo zatłoczone byłoby podobnie hipsterskie miejsce w Berlinie czy Hamburgu – nawet w środku tygodnia, tak jak dziś. Wraz ze mną po miniaturowym Entenhausen spaceruje tylko grupa emerytów. Niezbędną wiedzę na temat komiksu zdobyli oglądając wcześniej dziesięciominutowy film wprowadzający. Alexandra wyjaśnia, że to obowiązkowy punkt programu, dzięki któremu zwiedzający mogą docenić wkład Eriki Fuchs w rozwój języka niemieckiego. Przewodniczka kontynuuje swoją opowieść, tłumacząc, że budowa prawdziwego miasteczka w stylu Disneylandu byłaby zbyt kosztowna. Jak to rozwiązano? Stworzono miniaturowe Entenhausen w formie makiety, która oddaje styl dwuwymiarowego komiksu.

Nie mam wątpliwości co do tego, że grupa emerytów złapała bakcyla. Z zaciekawieniem zaglądają do warsztatu Daniela Düsentriebsa (Diodaka), a pewien starszy mężczyzna zdejmuje buty i wsadza stopę do wypełnionego monetami skarbca Dagoberta. Niestety nie da się tutaj naprawdę zanurkować, bo skarbiec nie jest na tyle głęboki. Jednak na selfie w zupełności wystarczy.

Gdy starsi zwiedzający znikają za rogiem, sam wskakuję do skarbca i wyciągam się, robiąc pierwszego w życiu orzełka w monetach. Z pewnością mam w sobie coś z burżuja.

... i zagorzali fani

Mam dobre towarzystwo. Nawet sędzia Trybunału Konstytucyjnego przyznał się jakiś czas temu do bycia „donaldystą”.

Donaldyści traktują Entenhausen na tyle poważnie, że kacze uniwersum stanowi przedmiot ich badań naukowych. Eksperci tacy jak Mark Benecke, Andreas Platthaus i Christian Wesseli nagrywają filmy wideo wyjaśniające obowiązujący w Entenhausen system prawny, a także prowadzą wykłady na temat tamtejszej religii i rodów szlacheckich. Hentschel tłumaczy zwiedzającym, że jeszcze niedawno w Niemczech uważano komiksy za samo zło. Seniorzy z pewnością dobrze pamiętają czasy, gdy szanowane czasopisma takie jak „Der Spiegel” w latach 50. nazywały komiksy „opium dla dzieci”. Historyjki obrazkowe nie miały łatwego życia w nowo powstałej republice. Rodzice obawiali się, że ogłupią swoje pociechy, a samozwańczy obrońcy moralności otwarcie nawoływali do palenia tej „haniebnej literatury”.

Na szczęście dawno minęły już czasy, gdy komiksy lądowały na stosach. Dlatego biografię Eriki Fuchs przedstawiono nie tylko za pomocą ogromnych, zapisanych tablic, ale wykorzystując także obrazki. Tłumaczka przemyciła Goethego i Schillera do świata Kaczora Donalda, a rysownik Simon Schwartz wprowadził postaci znane z Entenhausen do jej życia. Młoda Erika ucieka przed policjantem, który zastanawiająco przypomina komisarza Huntera (pol. Komisarz O’Hara). Innego razu jej ojciec wpada we wściekłość i dosłownie wybucha, przyjmując w powietrzu pozę, którą kojarzymy z pewnym upierzonym złośnikiem.

Cieszy fakt, że zwiedzający nie są atakowani wiedzą ze wszystkich stron. W zabawny sposób odkrywają subtelności językowe w tekstach Fuchs, korzystając z interaktywnych stacji: słowne łamigłówki rozkłada się na części pierwsze i składa na nowo, można także spróbować samemu przetłumaczyć oryginalne angielskie teksty i odgadnąć pochodzenie cytatów, które tłumaczka na własną rękę przemyciła do wersji niemieckiej. To tutaj ujawnia się jedyna słabość tego muzeum. Ta lingwistyczna przygoda sprawia o wiele więcej przyjemności w grupie niż wtedy, gdy zwiedza się muzeum w pojedynkę. Można jednak przymknąć na to oko, ponieważ cała koncepcja domu Eriki Fuchs zrywa z najbardziej denerwującą wśród wszystkich muzealnych reguł. Nie trzeba się tutaj zachowywać jak najciszej i najdostojniej. Chcę już powoli ruszać w drogę powrotną, gdy słyszę pewną starszą kobietę śmiejącą się w głos w pomieszczeniu obok. „Jesteśmy przecież w muzeum komiksu” – woła, wciąż chichocząc. „Wolno się tu śmiać!”

___

Chciałbyś zostać tłumaczem? Napisz do nas na adres redaktion@cafebabel.com. Czekamy na zgłoszenia!