Czy mówisz w moim języku?

Artykuł opublikowany 27 stycznia 2006
Artykuł opublikowany 27 stycznia 2006

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Maltańczycy zaczynają naukę języka obcego w wieku lat pięciu, fińskie szkoły uczą aż do 4 różnych języków, a 80% Duńczyków mówi płynnie w innym języku niż własny. A potem mamy Brytyjczyków....

Wielojęzykowa komunikacja jest jak olej, który napędza koła międzynarodowej współpracy, umożliwia międzykulturowe porozumienie i wzmacnia poczucie światowego obywatelstwa. I jest również całkiem użyteczna dla globalnego handlu. Ludzie z wysokimi umiejętnościami językowymi mają lepsze perspektywy na rynku pracy, lepiej pracują ich umysły i, jeśli wierzyć wynikom badań brytyjskich „agencji randkowych”, mają większe powodzenie i poczucie własnej wartości. Po co więc szukać lepszego powodu do tego by zostać poliglotą?

Rozbieżności na całym kontynencie

W Europie, gdzie używanie i studiowanie języków obcych różni się znacznie w zależności od regionu, zachęcanie do uniwersalnej biegłości językowej jest priorytetem. W 2002, Rada Europejska podczas obrad w Barcelonie wyraziła potrzebę „poprawy w kwestii podstawowych umiejętności językowych, w szczególności poprzez nauczanie co najmniej 2 języków obcych od jak najmłodszych lat”. Wiek rozpoczęcia nauki waha się od piątego roku życia w Holandii do aż 11 lat w Wielkiej Brytanii, przy czym istnieją również różnice w zakresie oferty języków, czasu nauki i momentu, do którego nauka jest obowiązkowa lub fakultatywna. Na przykład szwedzkie szkoły średnie oferują system kredytów „wybierz i wymieszaj”, pozwalając uczniowi na decyzję o intensywności, częstotliwości nauki danego języka. W innych krajach programy nauczania są nieco mniej elastyczne.

Ostatni raport Eurydice w sprawie nauczania języków obcych w Europie identyfikuje kilka obiecujących wspólnych osiągnięć i odkrywa, że wielojęzyczność dopiero nadchodzi. Nauka co najmniej jednego języka obcego jest obowiązkowa w prawie każdym kraju, a dwa są normą. Natomiast czas obowiązkowej nauki wydłużył się w przybliżeniu o jeden rok od 1994 roku. Ponadto, wiele krajów odpowiedziało na apel o jak najwcześniejszą integrację języka w edukację podstawową, w tym Belgia, Dania, Grecja, Austria i Włochy.

Ponadnarodowe inicjatywy takie jak program Comenius, zapewniający wymianę asystentów-lektorów i partnerstwo szkół, co przez lata wnosiło europejski wymiar w codzienne życie placówek edukacyjnych w całej Europie, nadal mają się świetnie, a w szkolnictwie wyższym program Socrates/ Erasmus umożliwia zdobycie fantastycznego międzynarodowego doświadczenia dostępnego dla studentów i kadry akademickiej.

Wszyscy mówią po angielsku, czyż nie?

Jednakże jest jedna grupa Europejczyków wyłamująca się z trendu rozszerzania używalności języków obcych i pozostająca chronicznie monolingwistyczna: „anglojęzyczni z urodzenia”. Podtrzymując swój status globalnej lingua franca, angielski jest najpopularniejszym językiem nauczanym w Europie, jak również na całym świecie. Prawie 90% europejskich uczniów uczy się angielskiego – od Polski po Portugalię. Ale gdzie pozostawia to „native speakers”? Nie jest wielkim zaskoczeniem, że mniej niż 30% populacji Irlandii i Wielkiej Brytanii zna cokolwiek poza własną mową ojczystą.

Brytyjskie samozadowolenie i spokój ducha w sprawie kultywowania dodatkowych umiejętności językowych jest słusznie osławione. Jako wyspiarze, nigdy nie wykształciliśmy kultury nauczania języków i mając naszych partnerów po drugiej stronie kanału adoptujących angielski, nie odczuwaliśmy większej potrzeby, aby to zrobić. Francuski i niemiecki, najbardziej szeroko nauczane języki w Wielkiej Brytanii, drastycznie tracą na wartości w szkołach średnich. Na poziomie uniwersyteckim, instytucje są zmuszone by obcinać kursy językowe z powodu niewystarczającej ilości studentów, a ci właśnie, którzy wybierają inne przedmioty są wykluczani z takich możliwości jak stypendium z programu Erasmus, ponieważ ich znajomość języka nie wystarczyłaby do funkcjonowania w obcym kraju.

Pomimo, że narodowa strategia dotycząca języków, wynaleziona by odnieść się do naszych lingwistycznych nieudolności, odniosła sukces w promowaniu dostępu do nauki we wczesnym dzieciństwie w 50% szkół, to równoległe wycofanie obowiązku nauczania języków już w wieku lat 14, może zniwelować jakiekolwiek zyski. Uniwersytety narzekają, że będzie miało to bezpośrednie przełożenie na przyjęcia na uczelnie, a w końcowym efekcie, na przyszłą podaż językowych ekspertów. Kto będzie uczył dzieci liczenia do dix skoro notuje się taki niedobór kadry nauczycielskiej, że rząd musi „przekupywać” absolwentów dodatkowymi finansowymi zachętami, by Ci podjęli pracę w zawodzie?

Już w tej chwili w Wielkiej Brytanii brakuje wykwalifikowanych lingwistów, a w przeciwieństwie do popularnej opinii, nie możemy przetrwać w jakiejkolwiek dziedzinie, bazując tylko na angielskim. Isabella Moore, dyrektor CILT – Narodowego Centrum Językowego, ostrzega, że spadek w poziomie wielojęzykowości ma poważne implikacje: „W 70% procentach biznesów zaangażowanych w międzynarodową działalność, myśl, że języki istnieją tylko na potrzeby akademickie, jest myślą krótkowzroczną i niszczącą dla gospodarki.” Roger Woods, rektor Uniwersyteckiej Rady Języków Nowożytnych przyznaje: „Firmy zaczynają rozumieć, że tracą na swoich interesach poprzez braki w znajomości języków.”

Wagę korzyści z wielojęzykowości dla pojedynczych osób, gospodarek oraz dla międzynarodowych społeczności można z trudnością uznać za przesadzoną, dlatego też potrzebujemy polityki językowej, która nadąży za potrzebami. Większość Europy odczytała tą wiadomość. Dla części anglojęzycznej z urodzenia, jeśli motywacją nie ma to być chęć dotrzymania kroku ich zdolnym sąsiadom, to może dojście do wniosku co można stracić osobiście, zawodowo i finansowo poprzez ograniczanie się do znajomości wyłącznie własnej mowy ojczystej, by mogło to otrząsnąć nas z językowego letargu.