David Cameron odchodzi z podkulonym ogonem

Artykuł opublikowany 20 września 2016
Artykuł opublikowany 20 września 2016

[Opinia] Po klęsce w referendum i lipcowej decyzji o odejściu ze stanowiska premiera, David Cameron postanowił zrzec się także mandatu posła do Izby Gmin. Nie będziemy tęsknić.

21 czerwca David Cameron zapewnił nas, że „Brytyjczycy się nie poddają”. Trzy dni później sam złożył broń, utrzymując jednak, że będzie rządził krajem aż do jesieni. Nie wytrzymał nawet 30 dni. Zaledwie dwa miesiące później najmłodszy premier Wielkiej Brytanii od 1812 roku odchodzi z Izby Gmin z podkulonym ze wstydu ogonem, mrucząc pod nosem coś o tym, że „nie chce nikogo rozpraszać”. Miejmy nadzieję, że sens tych słów w końcu do niego dotrze.

Oto człowiek, który miał ogromną szansę zakończyć kadencję, pozostawiając całkiem przyzwoitą spuściznę. Przejął stery w nadwyrężonej 13 latami rządów laburzystów Partii Konserwatywnej i dwukrotnie udało mu się objąć urząd premiera – najpierw w gabinecie koalicyjnym, a następnie uzyskując zaskakującą większość. Za kadencji Camerona bezrobocie spadło do prawie rekordowo niskich poziomów, a parom jednopłciowym umożliwiono zawieranie małżeństw – przynajmniej dzięki temu brytyjski polityk może pozytywnie zapisać się na kartach historii.

Jednak były premier miał również mnóstwo szans na to, by zrujnować swoją reputację i skrzętnie skorzystał z wielu z nich. Ogromne cięcia ulg podatkowych dla rodzin robotniczych (musiała je zawetować niedemokratycznie wybierana Izba Lordów) oraz bezlitosne dobicie systemu świadczeń socjalnych ręką Iana Duncana Smitha to dwa szczególnie negatywne przykłady źle zaplanowanych programów oszczędnościowych rządu Camerona. Podczas panowania koalicji potroiło się również zadłużenie studentów, a brytyjski system służby zdrowia ma dziś trudności z dostosowaniem się do niedorzecznych wymagań Ministra Zdrowia.

Wszystkie te porażki bledną jednak w porównaniu z Brexitem, czyli najgłupszym błędem Camerona. Aby wygrać wybory, obiecał on Brytyjczykom referendum, na które nie byli gotowi i nie zrobił nic, aby ułatwić im podjęcie decyzji. Nie zrobił nic, by zapobiec narastającym nastrojom nieufności, ksenofobii i nieskrywanego rasizmu panującym w Zjednoczonym Królestwie i tym samym sprawił, że było ono zjednoczone tylko w nazwie. Pośród chaosu i niepewnej atmosfery panującej po referendum, Cameron umył ręce od odpowiedzialności i uznał, że cały ten bałagan to nie jego problem.

Niepewność, która ogarnia Wielką Brytanię, może zniknąć w dwóch przypadkach. Być może Wielka Brytania rzeczywiście opuści Unię Europejską, a Cameron przejdzie do historii jako najgorszy premier jakiego pamiętamy. Może jednak słowa Theresy May o tym, że „Brexit oznacza Brexit” okażą się niewiele warte, kraj odzyska pozory normalności i wraz z upływem czasu Cameron odejdzie w zapomnienie. Mam nadzieję, że dla dobra nas wszystkich spełni się ten drugi scenariusz.