Demokracja bez „demos" - protesty w Europie

Artykuł opublikowany 7 września 2015
Artykuł opublikowany 7 września 2015

Pierwszym warunkiem dołączenia do Unii Europejskiej jest „szanowanie jej demokratycznych wartości”. Biorąc to pod uwagę, członkom Unii przydałby się kurs odświeżający to, co znaczy być demokracją. Protesty będące kluczowym elementem tego systemu, są coraz częściej tłumione. Czy Europa zapomina, jak działa demokracja?

Obecnie politycy stają na głowie, by odciąć ludzi od swej wieży z kości słoniowej. W tym roku rząd Hiszpanii wprowadził  prawo „uświęcające” budynek parlamentu i zabraniające protestów w okolicy  instytucji rządowych i innych budynków użyteczności publicznej. Theresa May, minister spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii, musiała niedawno powstrzymywać burmistrza Londynu Borisa Johnsona przed użyciem armatek wodnych jako narzędzia panowania nad tłumem. Ewidentnie, protesty nie są już postrzegane przez władze jako nieodłączna część demokracji, lecz jako przejawy buntu ludności, które muszą zostać stłumione. 

Prawo do protestowania jest podstawą demokracji gwarantowaną przez przeróżne prawa człowieka, takie jak prawo do zgromadzeń i wolność wypowiedzi. Prawo to jest sformułowane tak, że nie zezwala na szerzenie nienawiści lub zagrażanie bezpieczeństwu publicznemu. Niestety, rządy stają się coraz bardziej bardziej restrykcyjne w kontekście tego, co stanowi „zagrożenie” dla porządku publicznego.

Bluźnierstwo nie jest już w Europie przestępstwem, lecz nikt o zdrowych zmysłach nie odważy się powiedzieć złego słowa o rodzinie królewskiej. Holender, który krzyczał „Jebać króla, jebać królową, jebać rodzinę królewską!”  był ścigany o zniewagę monarchów,  co doprowadziło do publicznego poruszenia. W trakcie uroczystości takich jak  ślub księcia Williama i Kate Middleton czy zaprzysiężenie nowego króla Holandii - Willema-Alexandra, krytykanci zostali aresztowani „profilaktycznie”.

Czasem tylko strach przed protestem staje się powodem, by alarmować policję. Tydzień temu opublikowano holenderski raport policyjny który mówi o tym, że w trakcie zeszłorocznych uroczystości holenderskich mikołajek Sinterklaas (nazywanych też „Czarnym Piotrusiem", red.) ludzie byli aresztowani tylko dlatego że byli czarni, bądź wydawali się "inni". Można się dowiedzieć, że policja bała się o publiczne bezpieczeństwo z powodu samej obecności osób wyglądających „lewicowo” bądź noszących koszulki z antyrasistowskimi tekstami. Dodajmy do tego ostrzeżenia  Amnesty International o nadużyciach siły przez policję wobec protestujacych i dziennikarzy w krajach takich jak Grecja, Hiszpania czy Rumunia, które są pozostawione bez dochodzenia – otrzymujemy wizję Unii niemalże będącej stowarzyszeniem państw policyjnych.

Ograniczenie prawa do protestowania nie ma nic wspólnego z porządkiem publicznym – więcej łączy je z ludźmi występującymi przeciwko rzeczom, których nie powinni kwestionować. Dotyczy też wzrastających nierówności społecznych w Europie – badania pokazały, że  im bardziej nierówne społeczeństwo, tym więcej represji. Jako że tylko niewielka grupa osób czerpie korzyści z obecnego stanu rzeczy, w ich interesie jest uciszenie tłumu lub odwrócenie od siebie uwagi. Czy nie mówi się nam, że mamy skierować swój gniew na imigrantów, podczas gdy  ich wkład do bużetu jest większy, niż zasiłki które pobierają? Czy nie dlatego demonizuje się strajkujących, którzy zostali postawieni przed  niedopuszcalnymi zmianami w ich warunkach pracy, których prawa do protestowania zostały niedawno okrojone?

W społeczeństwie wolnym zarówno nietykalni jak i wyjęci spod prawa nie powinni istnieć. Jednak w dzisiejszej Europie monarchowie i politycy nie odpowiadają za własne poczynania, a sprawy od kryzysów mieszkaniowych do niskich wypłat i  korków na drogach mogą być przypisane migrantom. Co więcej, prawa do zgromadzeń publicznych w Hiszpanii i plany Wielkiej Brytanii, by anulować kartę praw człowieka są oczywistymi dowodami na to, że nawet w demokracji nasze prawa są zagrożone.  To, co mogą zrobić rządy, by ludzie nie wychodzili na ulicę bronić swoich praw, to utrzymywanie pozorów, że żyjemy w dobrze funkcjonujących demokratycznych społecznościach. 

Aktorka, reżyserka i aktywistka praw człowieka Natalie Portman w zeszłym tygodniu  przypomniała wszystkim, co znaczy żyć w społeczeństwie demokratycznym. Powiedziała: „Czasem zostają wybierani ludzie, których sam byś nie wybrał, musisz sobie z tym radzić. Podnieś więc głos, protestuj, gdy rzeczy idą nie po twojej myśli – jest to częścią demokracji”. Demokracja nie jest czymś, co włączamy, gdy zaczynają się wybory i wyłączamy, gdy podawane są wyniki. W demokracji, demos – czyli lud – ma prawo wyrażać swoja opinię kiedy tylko chce. Rozumiem, że niektórzy politycy mogą nie podzielać mojego entuzjazmu, ale to też część demokracji.