Die Sterne w Paryżu: Gainsburgowy cukierkowy pop i Neodisco

Artykuł opublikowany 26 stycznia 2011
Artykuł opublikowany 26 stycznia 2011
Utwory założonej w 1992 r. niemieckiej kapeli Indie-Rock jak na przykład Was hat dich bloß so ruiniert pokolenia młodych Niemców są w stanie śpiewać nawet we śnie.
Na zakurzonej kanapie w paryskim klubie La Bellevilloise, między soudcheckiem i przerwą obiadową, frontman zespołu Die Sterne Frank Spiller i basista Thomas Wenzel opowiadają o „niemieckiej” muzyce, Hamburgu i mieszance stylów na ich ostatniej płycie 24/7.

cafebabel.com: Niesłychana zmiana paradygmatu: W zeszłym roku ambasadorem niemieckiej kultury w Paryżu była Annett Louisan, w roku 2011 są to Die Sterne. Dobrze czujecie się w tej roli?

Frank Spiller: To zawsze takie trudne sformułowanie. Każdy Niemiec reprezentuje przecież - i to należy niestety przy tym powiedzieć – za granicą swój kraj. Ważne jest, aby pokazywać przy tym różnorodność i nie mówić TO jest niemiecka kultura. Nie ma tego JEDNEGO reprezentanta, federalna rzeczywistość składa się z puzzli. Nie czujemy się przedstawicielami niemieckiej kultury. Ostatecznie ludzie przychodzą na koncert, by zobaczyć zespół i odkryć coś, czego nie da się odkryć w ich rodzimym biznesie kulturalnym.

cafebabel.com: Na początku waszej kariery koncertowaliście w Hamburgu z coverami piosenek Gainsburga. Jesteście skrywanymi pasjonatami Francji?

Frank Spiller: Jedna z naszych znajomych w Hamburgu pochodziła z Lyonu. Dzięki niej odkryliśmy Serge’a z innej strony, z której w Niemczech nie był znany. U nas popularne jest tylko Je t’aime - moi non plus. Gainsbourg należy oczywiście do nurtu chanson, ale z pewną rysą. Powiedział w końcu coś w rodzaju: „Koniec z powagą, teraz robię cukierkowy pop”, mimo że muzykę pop właściwie przekreślił. Jak najbardziej należy mu się tytuł bohatera narodowego, Beck mawiał o aspekcie dźwiękowym jego muzyki: po prostu autentyczna sztuka, dziedzictwo kulturowe! Oprócz tego bardzo lubię cytować Friedrich Hollaendera, a więc bardziej sfera jazzowa. W latach 20. kultura była o wiele mniej nacjonalistyczna. Istniała międzynarodowa scena jazzowa. Oczywistym było, że także w Berlinie powstanie scena chanson, podobnie jak w Paryżu. I do tego chce się teraz może powrócić.

cafebabel.com: Mimo, że pewnie nie możecie tego już słuchać, obowiązkowe pytanie o szkołę hamburską: wytłumaczcie młodemu Europejczykowi pokrótce, co to jest/było.

Keyboarder Richard von der Schulenburg verließ die Band 2009 nach neunjähriger ZusammenarbeitFrank Spiller: W latach 90. modne było definiowanie sztuki poprzez miejsca. W połowie lat 80. pojawił się tzw. Boston-Trend, potem było Seattle 1993. I tak też pojawił się w niemieckich mediach Hamburg – miasto z najbardziej zajebistymi kapelami. Tam jest ta niecna Reeperbahn [główna ulica hamburskiej „czerwonej” dzielnicy St. Pauli, centrum nocnego życia], tam zaczynali Beatlesi. To stworzyło dobrze sprzedający się mit. Faktycznie na początku lat dziewięćdziesiątych w Hamburgu istniała kwitnąca scena muzyczna. Najbardziej znane zespoły tamtego czasu to Blumfeld, Tocotronic i Die Sterne. Krótko mówiąc: Hamburg był gorącym towarem. Obecnie szkoła hamburska należy już jednak właściwe do historii muzyki.

Thomas Wenzel: Dziś uległo to trochę przesunięciu. Nadal istnieją dobre zespoły pochodzące z Hamburga. Ale dużo bardziej interesujący stał się Berlin. Kapele jak Jamie Lidell, Peaches czy Ja, Panik, która pochodzi z Austrii, przeniosły się do Berlina. Dziesięć lat temu wylądowałyby pewnie w Hamburgu. Berlin stworzył coś w rodzaju efektu zasysającego dla kultury międzynarodowej.

Frank Spiller: Choć to prawie też już się skończyło. Był ten Berlin Elektro-Trend. Cóż, właściwie trendów było wiele, odpowiednio do kalibru miasta. Mimo to Berlin jest i będzie odskocznią dla wielu artystów, a w wymiarze globalnym jednym z najtańszych miast. Istnieją więc praktyczne względy, dlaczego ludzie z Toronto przyjeżdżają do Berlina, gdzie można sobie pozwolić na to, by być muzykiem. A to staje się coraz trudniejsze na całym świecie.

cafebabel.com: Nad waszym ostatnim albumem 24/7 pracowaliście wspólnie z monachijskim DJ-em/ Producentem Mathiasem Modikiem: Wynik tej współpracy brzmi elektronicznie, kosztował was jednak gitarzystę i odwiódł od pierwotnej ścieżki Indie-Rocka. Z czego wynikła ta nowa mieszanka stylów?

Thomas Wenzel: Gitarzysta nie był pierwszy...

Frank Spiller: To tak naprawdę też nie ma nic do rzeczy ze zmianą stylu, ścieżki życiowe czasem się po prostu rozbiegają. Zespołowi Die Sterne wychodzi na dobre, że nie został w jednym i tym samym miejscu. Jeśli sięgnie się dalej wstecz, powołujemy się na trend New Wave New York lat 80. oraz Label DFA Records, który znajduje w tej samej sferze, jeśli chodzi gusta muzyczne. Do tego dochodzi z obszaru elektronicznego Neodisco, które poznaliśmy dzięki naszemu nowemu producentowi Mathiasowi Modice. Posłużyliśmy się wszystkimi tymi źródłami inspiracji. Oczywiście, że każda taka zmiana generuje problemy. Ale ostatnio pewien recenzent stwierdził, że w ogóle nie sięgnąłby po nową płytę, jeśli wcześniej nie byłoby tej całej dyskusji „Die Sterne robią teraz Disco”.

cafebabel.com: Gomma, wytwórnia płytowa, z którą nagraliście 24/7, ma raczej międzynarodowy profil. Czy rynek międzynarodowy stał się bardziej otwarty na niemiecką muzykę?

Thomas Wenzel: Nieee, nie wiem też dlaczego miałoby się tak stać. Stempel, który trzeba mieć, żeby ruszyć coś na arenie międzynarodowej, to stereotypowa „niemieckość”, coś jak Kraftwerk i Rammstein. I oni się dobrze sprzedają. To co robimy my, to coś dokładnie odwrotnego. Od Fickt das System (‘Pieprzyć system’ , 1992) do Tanz den Burnout [‘Zatańcz burnout’ słowa z utworu Depressionen aus der Hölle]: Pozory mylą, czy Wasze teksty stały się bardziej wyważone?

Frank Spiller: Tu nie nastąpiła żadna zmiana. To klasyczna teoria bohemy, że młodzi ludzie muszą się wyszumieć, a na stare lata zostają adwokatami. Jeśli ktoś uważnie wsłucha się w teksty Stadt der Reichen (‘Miasto bogaczy’) czy Depressionen aus der Hölle (‘Depresje z piekła’), zauważy, że teksty stały się wręcz ostrzejsze, niż Fickt das System (’Pieprzcie System’), gdzie chodziło o to, że oklepane slogany już nie funkcjonują. To, co my robimy dziś, nie jest mniej radykalne, być może tylko nie tak drastyczne w doborze słów. Na 24/7 chodzi o oczekiwania, których koniec końców nikt nie może spełnić, propagowany ideał. Nie wiem, czy to indywidualne zadanie, zrobić to inaczej. Ale to nasze zadanie, zwrócić uwagę, jak bardzo absurdalne jest takie przekonanie. Poza tym uważam za pozytywne, że można robić zakupy w internecie 24 godziny na dobę – ale to są w końcu maszyny!

Koncert Die Sterne miał miejsce w ramach Niemiecko-Francuskiego Tygodnia i został zorganizowany przez Instytut Goethego i Niemiecko-Francuską Współpracę Młodzieży (DFJW), przy współudziale Ambasady Niemiec, Nouveau Centre d'Information Civique (CIDEM), Niemieckiej Centrali Wymiany Akademickiej (DAAD) i Domu Heinrich Heine.

Fot. Zdjęcia prasowe Die Sterne; Video: Youtube