Dlaczego brytyjskie utwory na Eurowizji zawsze są takie okropne?

Artykuł opublikowany 7 lutego 2017
Artykuł opublikowany 7 lutego 2017

Choć Wielka Brytania jest jednym z tych krajów, które mają z góry zagwarantowany udział w Konkursie Piosenki Eurowizji, brytyjskie propozycje od siedmiu lat nie są w stanie przebić się nawet do pierwszej dziesiątki. Patrząc na tegorocznych kandydatów, szanse na zmianę tej sytuacji w najbliższej przyszłości są niewielkie. [OPINIA]

Dawno minęły już czasy takich wykonawców jak Bucks Fizz czy Katrina and the Waves. Dziś jeśli zapytasz dowolnego Brytyjczyka o karnawał szaleństwa zwany Konkursem Piosenki Eurowizji, ten jęknie i złapie się za głowę. Od razu przypomni mu się zespół Jemini i ich pamiętny występ, który przysporzył Wielkiej Brytanii spektakularne 0 punktów. Albo utwór „Flying Flag” zespołu Scooch wraz z przyprawiającą o dreszcze zażenowania choreografią w wykonaniu załogi, której wszyscy członkowie wyglądali, jak gdyby ktoś ściągnął ich na scenę siłą, przykładając broń do skroni członków najbliższej rodziny. Albo będzie po prostu rozpaczliwie usiłował nakłonić odpowiednie struktury mózgu do przywołania choć jednego wykonawcy, który w ciągu ostatniej dekady reprezentował jego kraj na Eurowizji.

Tymczasem kolejne sześć utworów zakwalifikowało się do eliminacji do konkursu i w piątek 27 stycznia brytyjska publiczność zdecyduje, który wykonawca będzie reprezentował ich kraj w Kijowie w maju tego roku (bo czyż oddanie Brytyjczykom głosu w kwestiach związanych z Europą kiedykolwiek skończyło się porażką?). Niestety, nie można powiedzieć, żeby do wyboru zaproponowano im crème de la crème. Każdy z tegorocznego pół tuzina kandydatów wystąpił wcześniej w programie X Factor i pomijając fakt, że żaden z nich nie był zwycięzcą programu, już sam klucz ich doboru nie wróży nic dobrego.

Ale nawet gdyby wykonawcy byli większego kalibru, to same piosenki są nijakie. Stanowią ciąg mdłych i niczym nie wyróżniających się numerów, które brzmią jakby były napisane przez komisję i z pewnością zostałyby odrzucone przez każdego wykonawcę obdarzonego parą słyszących uszu.

Nie ulega wątpliwości, że wydarzenia, które zaszły w ciągu ostatnich 12 miesięcy od poprzedniej edycji Eurowizji poróżniły nieco Zjednoczone Królestwo z resztą starego kontynentu i byłoby miło móc powiedzieć, że tegoroczne propozycje piosenek w jakiś sposób to odzwierciedlają. Tytuły w stylu „I Wish I Loved You More”, “Never give up On You” czy „I don’t wanna fight” aż proszą się o jakiś geopolityczny podtekst. Ale zdaje się, że powstały w wyniku obliczeń algorytmów, a nie pracy twórczej człowieka; nie stanowią nic ponad kolekcję powtarzalnych, uproszczonych wzorów.

Jednak istnieje powód, dla którego nawet, kiedy Wielką Brytanię reprezentują prawdziwe talenty -–pokroju Bonnie Tyler czy Engleberta Humperdinka – okazują się niewypałem. Zmarły niedawno Terry Wogan – irlandzki prezenter, który od dwóch dekad relacjonował Eurowizję – miał rację, kiedy już w 2008 roku stwierdził, że konkurs „przestał być konkursem piosenki”. Tyle, że wówczas to do nas jakoś nie dotarło.

Odkąd powstała w 1951 roku, Eurowizja zamieniła się z konkursu piosenki w gigantyczny, wielokulturowy kabaret – festiwal wszystkiego, co w Europie niesamowite i dziwne. I pośród seksownych polskich mleczarek, rosyjskich babć i austriackich drag queens, brytyjscy kandydaci wypadają po prostu beznadziejnie blado.