Dlaczego Gomorra wzbudza strach?

Artykuł opublikowany 14 lipca 2016
Artykuł opublikowany 14 lipca 2016

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

(Opinia) Dyskusje na temat przenoszenia na ekran kontrowersyjnych aspektów rzeczywistości trwają od lat. Być może lepiej byłoby zapytać, co tak naprawdę budzi w nas strach: czy nie przejmujemy się bardziej pokazywaniem zła niż samym złem?

Kto wie, czy w 431 roku przed Chrystusem niektóry ateńczycy po premierze Medei nie uważali, że Eurypides powinien być oskarżony o podżeganie do dzieciobójstwa? Dzisiaj, w 2016 roku, Roberto Saviano, autor bestsellera Gomorra (10 milionów sprzedanych egzemplarzy na świecie) i współtwórca serialu telewizyjnego o tej samej nazwie, który pobił wszystkie rekordy oglądalności (1 316 435 widzów ostatniego odcinka, rekord płatnej telewizji), znajduje się w centrum kontrowersji, którą żyją dzienniki, telewizja i Internet.

Jak brzmią zarzuty? „Celebracja zła”, „pokazywanie obojętnej postawy kraju lub jego niewystarczających środków walki”, ale przede wszystkim: „przedstawianie złego obrazu Włoch”.

Absurdalne kontrowersje

Gomorra pokazuje szerokiej publiczności horror, zło absolutne, nieskończoną eskalację przemocy, szokującej jak uderzenie w policzek. W Naples zabijamy, prowadzimy interesy z mafią i toczymy odwieczną walkę dobra ze złem. Wszyscy wiemy, że zło istnieje: jest okrutne i bezczelne. Jednak nie jesteśmy w stanie na nie reagować, przynajmniej dopóki nie patrzymy mu prosto w oczy. Nie reagujemy w żaden sposób - nawet czytając informacje w gazecie czy oglądając je w telewizji; tysiące zabitych w ostatnich latach uruchomiły w nas niebezpieczny odruch przyzwyczajenia.

Stać nas jednak na oburzenie, kiedy pokazuje się nam zło w serialu telewizyjnym, który w ułamku sekundy wyrywa nas z błogiego stanu nieświadomości (lub, nawet gorzej, z obojętności). Oto paradoks: nie jesteśmy oburzeni przez istnienie tych realiów, ale przez opowiadanie o nich. Nigdy nie wiadomo, czy nasze dzieci, tak niewinnie grające w gry „całkowicie wolne od przemocy”, nie zechcą ostrzyc się jak Genny Savastano. Innymi słowy, boimy się naśladownictwa.

Ale czy te obawy są uzasadnione? Wręcz przeciwnie: dzieci chwytają za broń w Scampia, nastolatowie zbyt wcześnie sięgają po narkotyki w Secondigliano, a nagrobki z coraz szybszymi datami śmierci pojawiają się bez końca na cmentarzach w Naples. To nie są skutki Gomorry, lecz źródło jej historii.

Czego tak naprawdę się boimy?

Nie zapominajmy, że Gomorra jest pewnym wyrazem artystycznym, który odniósł wielki sukces. I jak zawsze, gdy dzieło (niezależnie od jego tematu) podoba się odbiorcom, staje się ono nieuchronnie narzędziem w rękach tych, którzy mogą z niego skorzystać. W efekcie nastolatkowie używają wyrażeń, zasłyszanych w odcinkach, a grupy facebookowe takie jak O' sistema czy Malavita siciliana (Sycylijski półświatek) stworzonej dla więźniów (tak, istnieją grupy im poświęcone, które wciąż nie są blokowane), używają wizerunków lub zwrotów z serialu, ponieważ czują się utożsamiani z tym, co widzą. Inni natomiast, którzy wcześniej nie znali tych realiów, przez dłuższy czas wydawali się uśpieni i niedoinformowani, gdyż wiadomości na ten temat były spychane na ostatnie strony dzienników, nagle zaczynają czytać, zbierać informacje, chcieć poznać prawdę.

Doświadczając scen przemocy i moralnej korupcji (nakręconych, narysowanych bądź opisanych), zawsze pojawi się ktoś, kto będzie czerpał z nich inspirację lub będzie czuł się przez nią reprezentowany, a także ktoś, kogo świadomość obywatelska dzięki temu wzrośnie. Tak od zawsze działa sztuka.

Jeśli przedstawianie istniejącego zła będzie oskarżane o samo istnienie zła, staniemy w obliczu paradoksu. Być może spojrzenie w lustro i zobaczenie chorego społeczeństwa, w jakim żyjemy, dostrzeżenie, jak nisko może upaść człowiek, myślenie o tym, jak bardzo wszechobecne są przestępstwa przeraża każdego. Zwłaszcza tych, którzy są u władzy i ponoszą częściową odpowiedzialność za wszystko. Nie od dziś wiadomo, że „łatwiej rządzi się ignorantami”.

A może, odchodząc od wszelkich argumentów i opinii, to, co nas najbardziej przeraża, to przyznanie, że całe to zło nas trochę fascynuje. To, co nas paraliżuje, to wizja własnego odbicia i niepewność, czy ostatecznie mamy w sobie tyle odwagi, by wybrać dobro, czy może bliżej nam do wejścia w świat przemocy i demoralizacji. Jedno jest pewne: nie możemy zrzec się wyboru na rzecz serialu. Musimy wiedzieć coraz więcej, by móc wybrać. Musimy sami zadecydować o tym, w jakim społeczeństwie chcemy żyć, czego trzeba uczyć naszych dzieci, kim tak naprawdę pragniemy być. W tym wyborze nie ma miejsca dla Saviano, Jezusa czy Hitlera; wybór należy tylko do nas.