Dlaczego niby miałbym ofiarować Grecji 400 euro?

Artykuł opublikowany 4 maja 2012
Artykuł opublikowany 4 maja 2012
Rząd grecki, z obawy o bankructwo, zdecydował się na dość nietypowy krok – nawoływał bowiem tych obywateli, którzy zdecydowali się powierzyć mu część swoich oszczędności, o to, by nie wycofywali od razu zainwestowanego kapitału. Ci z Was, którzy uważają, że sprawa ta dotyczy jedynie wielkich banków, niestety grubo się mylą.
Autor tego tekstu jest jednym z tych, którzy zdecydowali się pożyczyć pieniądze Atenom. Dziś opowie Wam historię, jak to pewnego dnia, bank zapukał do jego drzwi.

List od mojego banku był dla mnie prawdziwą niespodzianką. Od miesięcy media europejskie dyskutują o konieczności redukcji greckiego zadłużenia. Pod lupę wzięto zarówno plusy, jak i minusy tego przedsięwzięcia. Długoterminowe negocjacje na wysokim szczeblu ostatecznie przyniosły taki oto werdykt: „Grecja dobrowolnie zredukuje swoje zadłużenie”. Jako, że sam pożyczyłem pieniądze rządowi Grecji, pewnego dnia, w mojej skrzynce pocztowej pojawił się list właśnie w tej sprawie...

„Szanowny Panie Sauer” - napisali - „Republika Grecji, w efekcie porozumienia zawartego pomiędzy największymi bankami światowymi, zwraca się do swoich inwestorów z prośbą o uczestnictwo w procesie redukcji rządowego zadłużenia”. Na początku roku 2011, a żeby być nieco dokładniejszym – 29 stycznia, zdecydowałem się na kupno greckich obligacji skarbowych. Jak do tego doszło? To wcale nie okazało się być takie trudne... wystarczyło parę kliknięć na różnych stronach internetowych, jak i wprowadzenie kodu PIN oraz TAN. Z mojego konta pobrano 1 023,34 euro. Zastanawiacie się za pewno, co u diaska sprawiło, że skusiłem się na zainwestowanie ponad tysiąca euro w Grecję. Tak naprawdę... to przede wszystkim sumienie i chęć niesienia pomocy innym, którzy znajdują się w sytuacji gorszej od mojej. Niemałą rolę odegrała także moja naiwna wiara w politykę.

Ale co mnie podkusiło… ?

Po pierwsze, do podjęcia takowej decyzji nakłoniły mnie obietnice zysku. W maju 2010, 2011 i 2012, otrzymałbym 52,50 euro odsetek, natomiast w maju 2012 – otrzymałbym zainwestowaną sumę 1000 z powrotem na moje konto. To wszysyko sumuje się do 1157,50 euro, co oznacza zysk w wysokości 134,16 euro na przestrzeni 2 lat. Na książeczce oszczędnościowej jest tylko 1,5 procent, co przyniosłoby mi 35 euro zysku w przeciągu dwóch lat.

Po drugie, jako dobry obywatel Unii Europejskiej, chciałem świadomie przyczynić się do obniżenia odsetek, na jakie Grecja narażona byłaby z powodu sprzedaży swoich obligacji skarbowych. Im wyższy popyt na obligacje, tym niższa ich wartość. Efekt? Gwałtowny wzrost odsetek oznaczałby dla Grecji spore wyzwanie.

Na koniec, warto przypomnieć, że wszyscy politycy europejscy (także ci mniej godni naszego zaufania) przekonywali nas, że Grecja nigdy nie popadnie w bankructwo. Merkel zapewniała, że Grecja nie zostałaby pozostawiona samej sobie. Politycy często przytaczają mało realne zapewnienia. Dobrze o tym wiem, ale w głębi ducha postanowiłem, że chciałbym im w tym przypadku uwierzyć.

Zamiast otrzymać 1000 euro, które mi obiecywano, Grecja postanowiła zaoferować mi jedyne 315 euro, które mógłbym ujrzeć nie tak od razu, bo dopiero w 2042 roku. Wówczas miałbym 58 lat i mógłbym sobie te pieniądze co najwyżej dodać do mojej emerytury. Do tego wszystkiego, nie zapominajmy o Funduszu Stabilności Europejskiej, o zawrotnej wartości 150 euro. Na koniec tych kalkulacji wychodzi, że zamiast 1000 euro otrzymałbym 465 euro. Moja ambitna inwestycja sprawiłaby zatem, że mój bilans finansów znalazłby się na minusie. Jako zarządca funduszami jestem skończony.

Moja odpowiedź dla banku: zgadzam się na wszystko

Wkład w redukcję greckiego zadłużenia, póki co, jest „dobrowolne”. To dlatego propozycja banku sprawia, że nie wiem co z nią dalej zrobić.

Opcja pierwsza: Zgoda. W sumie, to wcale nie takie głupie, by zachęcać osoby prywatne do wzięcia ciężary kryzysu ekonomicznego na swoje barki. Moja zgoda z pewnością ulżyłaby przeciętnym obywatelom Unii Europejskiej. W końcu decyzję o inwestycji podjąłem samodzielnie. Musiałem się liczyć z ryzykiem utraty zainwestowanej sumy. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego... Czy po tej nauczce zdecyduję się na zakup obligacji skarbowych? Na pewno nie greckich. To w takim razie może włoskich, hiszpańskich, portugalskich? Nie, tych też nie wykupię. Nauczyłem się, że ryzyko jest zbyt wysokie.

Opcja druga: Odmowa. Jako, że suma, którą zainwestowałem, jest mikroskopijna w porównaniu z liczbą przedstawiającą zadłużenie Grecji (300 miliardów euro), uświadomiłem sobie, że ja, osobiście, z tej porażki wyszedłbym wcalenie nie tak poturbowany, jak mi się to na początku wydawało. Gdbyby moje rozumowanie [mając tu ma myśli „odmowę”] zostało zaadoptowane przez pozostałych inwestorów, Grecja mogłaby równie dobrze stwierdzić, że  odsetki od inwestycji nie zostaną już praktycznie nigdy wypłacone. W takim wypadku, czyż nie lepiej pójść na ugodę?

Co o tym sądzicie? Co powinienem odpowiedzieć mojemu bankowi?

Fot.: (cc)anieto2K/flickr; w tekście:  (cc)Josh Pesavento (broma)/flickr