Dzieci kryzysu ego i dobrobytu. Książki pokolenia Y

Artykuł opublikowany 30 stycznia 2014
Artykuł opublikowany 30 stycznia 2014

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

W ubiegłym roku dwie książki opisały pokolenie 20- i 30-latków. Jednej autorce sprawiliśmy przykrość. Druga nas zaatakowała. Tylko w jednym są zgodne: tak dłużej być nie może.

Nasze życie jest jedną wielką rozterką. Niezgodność z samym sobą. Mamy pieniądze i miłych rodziców, bilety lotnicze i smartfony, przyjaciół i znajomość języków obcych. Tylko jednego nie mamy: nadziei. Jak tak może być, do diabła?!

W ubiegłym roku dwie książki próbowały zbadać tą okoliczność. Już od dłuższego czasu istnieje szczegółowy portret pokolenia: „Der Spiegel” nazwał nas „dziećmi kryzysu”, „Die Zeit” – „smutnymi karierowiczami”. Przemilczamy te zarzuty, aby punktualnie, do protestu i paktu fiskalnego samemu dorzucić jeszcze jeden.

Meredith Haaf ma dla nas jedynie wzruszenie ramionami. Swoją książkę „o pokoleniu i jego problemie z luksusem” zatytułowała „Heult doch” („Rycz!”). Natomiast Nina Pauer wysyła nas do psychologa, u którego jąkamy się, płaczemy, opowiadamy. On zaświadcza o naszym zaburzeniu osobowości i depresjach. „Niczego się nie boimy”, jak zatytułowała swoją terapię grupową generacji.

I w pewnym sensie obie mają rację.

Wczoraj wszystko było lepsze

Wszyscy zgadzają się co do faktu, że wczoraj wszystko było lepsze. Dziś każdego dnia może być gorzej. Zmiany klimatyczne, karczowanie lasów deszczowych, terroryzm, bezrobocie wśród młodych ludzi, starzenie się społeczeństwa – o tym wszystkim wiemy i nie jest nam to obojętne. Tylko nie potrafimy tego zmienić.

Ale boimy się. Jedynym, co możemy ochronić, jesteśmy my sami. Dlatego zwiększamy nasze tempo i kończymy jako perfekcyjny trybik w systemie. Tylko sami nie wierzymy, że to się opłaca, ani że wychodzi nam to na dobre. Czujemy sprzeciw. Kiedy jesteśmy sami i nagle nic nie hałasuje, wtedy czasem jesteśmy przygnębieni. Albo na Facebooku umieszczamy post z videoprotestem. Każdy walczy jak może.

Można nas żałować, jak to czyni Nina Pauer. Podaje przykład Anny, która uosabia nasze pokolenie i wieczorami wypłakuje się na matczynym ramieniu. Ponieważ w pracy panuje taka presja. Ponieważ już nie może spać, odkąd ma nową pracę. Ponieważ w biurze jest niezwykle stresująco. Albo można nas łajać, jak Meredith Haaf. „Przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby wysilać się tak bardzo, jak to tylko możliwe, aby dawać z siebie wszystko i jeszcze więcej”, pisze.

„Chory świat albo…?”

Boimy się umów na czas określony, nie lubimy się zobowiązywać. Wiemy, że nadszedł czas postmaterializmu, jednak dalej namiętnie kupujemy. Chętnie uratowalibyśmy świat, ale nie wiemy jak. I jeśli jednak podejmujemy próbę, wkrótce rezygnujemy, bo w Afryce dzieci dalej umierają, a czapa polarna oczywiście nie topi się wolniej. Zamiast tego optymalizujemy samych siebie. Zawsze, wszędzie, ciągle. „Chory świat albo…?”, krzyczy bohaterka Niny Pauers. Szczyt mądrości.

Właściwie dlaczego, pyta Meredith Haaf. Oczywiście przyszłość wygląda ponuro. Ale nie dlatego, że system jest za nas odpowiedzialny. My sami jesteśmy. Brakuje nam utopii, solidarności i świadomości politycznej. Na to, co zauważyła Haaf, świat nic teraz nie może zaradzić. „Może kiedyś będzie się o nas mówić: oni spustoszyli swój świat, bo za bardzo się bali, żeby go ratować”.

Nasza droga prowadzi donikąd

W rzeczywistości jesteśmy najmądrzejszymi ludźmi naszych czasów. Możemy wszystko i byliśmy wszędzie, żadna góra nie jest tak wysoka, żebyśmy nie mogli się na nią wspiąć, żaden człowiek nie jest zbyt obcy, by go poznać. Tylko nie wiemy, jak to najlepiej wykorzystać. Nigdy się nad tym nie zastanawialiśmy. Zawsze podążaliśmy drogą, która została nam wyznaczona. Powoli orientujemy się, że prowadzi ona donikąd.

„Nie wierzę, że to tak musi być”, pisze Meredith Haaf. „Wierzę, że jeśli zaczniemy krytykować i nie będziemy chcieli zawsze wszystkiego robić prawidłowo, zmiany pojawią się same”. Ale bardziej prawdopodobne jest to, że w ostatniej chwili szef przejdzie obok i spyta: „Czego ty jeszcze chcesz? Przecież masz wszystko”. I też miałby rację.

Zdjęcia: Te­aser­bild (cc)ra­ru­schel/flickr; dzięki uprzejmości wydawnictw Fischer i Piper), Video: zdf­neo/youtu­be