Dzień, w którym zdałam sobie sprawę z uzależniającej mocy protestowania

Artykuł opublikowany 10 października 2016
Artykuł opublikowany 10 października 2016

Niezadowoleni mieszkańcy krajów Europy coraz liczniej wychodzą na ulicę, żeby protestować przeciwko Brexitowi, nowej polskiej ustawie aborcyjnej, czy zmianie francuskiego prawa pracy. Żeby lepiej zrozumieć zatwardziałych demonstrantów, zanurkowałam w duszącym się od gazu łzawiącego paryskim tłumie.

Gdy po raz pierwszy zbliżasz się do tysięcy ludzi, z których większość ma twarze zakryte goglami do pływania i szalikami, możesz stracić zapał do paryskich protestów. Pomimo tego dołączyłam do demonstracji przeciwko kontrowersyjnej zmianie francuskiego prawa pracy jako obserwatorka, starając się zrozumieć zjawisko, które od kilku miesięcy pojawiało się w wiadomościach. 

W miarę zanurzania się w tłum, uderza panująca tam różnorodność. Przedstawiciele wszystkich grup wiekowych i klas społecznych jednoczą się, by nie dopuścić do reformy prawa pracy. Jednak różnice te nagle zacierają się, kiedy zbliżam się do serca protestu. Kobiety, dzieci i uwięzieni w tłumie turyści zostali szybko zdeklasowani przez zatwardziałych demonstrantów i wszechobecne oddziały uzbrojonej policji. Transparenty zniknęły i zgubiłam się w chmurach gazu łzawiącego, morzu gogli, krzyków i pojawiających się znikąd biegnących demonstrantów. 

Próby zakwalifikowania wszystkich francuskich protestujących do dwóch kategorii  zatwardziałych casseurs czy black bloc oraz pacyfistów – sprawiają, że łatwo jest zapomnieć o motywacji indywidualnej. Jednak czułam, że dla tłumu stawiającego opór francuskiemu rządowi, gra toczy się o coś więcej. Zrozumiałam to, kiedy ktoś krzyknął: „quand la manif vient à toi, tu ne peux pas la refuser!” [„kiedy wzywa cię protest, nie możesz odmówić!”]. 

Zamiast starać się rozróżnić nadaktywnych demonstrantów od pacyfistów i skupiać się na przemocy, warto zastanowić się głębiej i zadać sobie pytanie dlaczego ludzie biorą udział w tych manifestacjach. Słowa wypowiedziane przez eleganckiego przechodnia pokazały, że jest w tym coś kuszącego, co nie pozwala powiedzieć protestowi „nie”. Ten człowiek, niezależnie od swoich motywów, był częścią czegoś większego. Czy protestowanie może stać się nałogiem? Jeżeli tak, to co jest w tym czynnikiem uzależniającym? 

Pierwszy zastrzyk adrenaliny

 

Na pewno dużą rolę odgrywa historia. Protestowanie jest częścią francuskiego dziedzictwa kulturowego od czasów Rewolucji. Warto zauważyć, że manifestacje naturalnie zmierzają w kierunku Placu Republiki. Nie wiem, co za tym stoi jeśli nie historia naszego kraju. Jednak niezależnie od tego, jakie będą dalsze skutki wyrażanego niezadowolenia, obsesję protestowania wywołują jeszcze inne czynniki.      

Oczywiście – protestowanie to zastrzyk adrenaliny. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że dołączywszy do pochodu nie poczułam mocniejszego bicia serca. Udział w chaotycznym przedsięwzięciu, które łatwo może stać się brutalne i niebezpieczne, jest do pewnego stopnia porównywalne z surfowaniem na wysokich falach czy skakaniem ze spadochronem. Pomimo tego, że sami wywołujemy w sobie to uczucie, daje ono sygnał naszemu wrodzonemu mechanizmowi „uciekaj albo walcz”. To z kolei może nas uzależnić od adrenaliny. 

Kiedy biegłam schronić się w bramie zamkniętej apteki przy Boulevard du Temple, jeden z demonstrantów zapytał mnie, czy jestem uczestniczką czy obserwatorką. Powiedziałam, że obserwuję, a wtedy jego oczy rozszerzyły się i powiedział mi, niemal protekcjonalnym tonem, że przed upływem pół godziny ma mnie już tutaj nie być, bo wtedy zazwyczaj „zaczyna się robić niebezpiecznie”. Uśmiechnęłam się, ale zastanawiałam się, czy nie wrócić do domu. Owszem, wróciłam, ale tylko po to, żeby zostawić tam mój komputer i kupić kilka piw. W drodze powrotnej na protest minęłam moich miłych sąsiadów grających w pétanque obok parku Buttes Chaumont. „Zupełnie inny świat” – pomyślałam i ruszyłam w stronę kotłującego się tłumu, intensywnych starć z policją i brzęku puszek z gazem łzawiącym. 

Z drugiej strony, nieodparta chęć protestowania może wynikać ze szczytnych pobudek. Wiele razy widziałam przejawy współczucia wśród protestujących. Ludzie podawali sobie sól fizjologiczną, żeby złagodzić działanie gazu łzawiącego albo ostrzegali się wzajemnie, kiedy robiło się niebezpiecznie. Być może okazywanie współczucia ludziom wokół nas nie daje się zauważyć codziennie, jednak podczas protestu panuje silne poczucie wspólnoty, które jednoczy różnych demonstrantów. Tego rodzaju chwile pozwalają odnaleźć solidarność w czasach, kiedy bardzo łatwo jest się od wszystkiego odseparować. Pomimo tego, że ostrzegano mnie przed burzliwością zamieszek, moją reakcją było testowanie poziomu niebezpieczeństwa. Byłam tak przepełniona adrenaliną, że sam fakt, że ktoś się o mnie „tak po prostu” troszczył, był niesamowity. 

„Wychodzimy na ulicę, żeby nas zauważono”

Uderzające było również zaangażowanie mediów – ciężko było rozróżnić dziennikarzy od pozostałych protestujących. Mój instynkt podpowiedział mi, że ludzie z ogromnymi kamerami i mikrofonami byli tam, żeby zrelacjonować wydarzenie. Zauważyłam, że wielu ludzi z podobnym sprzętem kierowało się w kierunku zamieszek, gdzie jest więcej ludzi i policji. Jak Narcyza, jednak bardziej oczarowanego swą własną „buntowniczością” niż wyglądem, obecność kamery i mediów dała mi poczucie, że moje zaangażowanie w protest było ważne. Choć protestujemy, żeby walczyć w danej sprawie, podświadomie chcemy też, żeby nas zauważono.           

Kiedy zamieszki się uspokoiły, a umundurowana francuska policja przypominająca wojownicze żółwie ninja przepędziła główną grupę protestujących, zdecydowałam się wycofać. Kiedy nakazano nam się rozejść, nagle poczułam, że nie pasuję do tego wszystkiego. Moja rola obserwatorki w teatrze protestu dobiegła końca. Siedząc nad kanałem Św. Marcina starałam się zebrać myśli, podczas gdy inni uczestnicy demonstracji żywiołowo omawiali wydarzenia dnia. Jedni zastanawiali się, czy demonstracja zakończyła się sukcesem, inni z kolei opowiadali o swoich doświadczeniach. 

Całe to doświadczenie było przeładowane wrażeniami. Zapominamy, że oglądając protest na ekranach, dostrzegamy tylko ich warstwę wizualną. Nie czujemy zapachów i gryzącego w oczy dymu, nie słyszymy hałasu eksplodujących puszek z gazem łzawiącym i nie czujemy energii zgromadzonych wokół nas ludzi. Podczas protestów przeciwko zmianom we francuskim prawie pracy 15 września po raz pierwszy naprawdę dowiedziałam się, co to znaczy uczestniczyć w demonstracji. To nie był mój ostatni protest.