Ekorolnictwo - hiszpańska specjalność na wynos

Artykuł opublikowany 13 maja 2011
Artykuł opublikowany 13 maja 2011

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Sewilla eksportuje żywność ekologiczną do całej Europy i tym samym czyni z Hiszpanii głównego producenta na tym rynku. Ekorolnictwo stanowi próbę ratowania tego ważnego, lecz „starzejącego” się sektora. Jednak zbyt intensywny eksport wzbudza wiele kontrowersji wśród lokalnych konsumentów. Reportaż.

„Stowarzyszenie CAAE oferuje swoim członkom siłę wiodącej na rynku europejskim marki ekologicznej”, recytuje głos z reklamy wyświetlanej na plazmowym ekranie w poczekalni. Znajdujemy się w siedzibie Andaluzyjskiego Komitetu Rolnictwa Ekologicznego (CAAE) w Sewilli, mieście w którym, według dziennika El diario de Sevilla, dziennie plajtują cztery przedsiębiorstwa.

„Paco” - rekordzista w organizacji strajków głodowych

Sam o sobie: człowiek charyzmatyczny, którego dwiema religiami są: ziemia i energia z jaką o nią walczy. „Zorganizowałem ponad czterdzieści strajków głodowych w obronie rolników i środowiska naturalnego”. Tą informację z dumą wpisał w swoim CV. Francisco Casero Rodriguez, potocznie „Paco”, uparcie dąży do realizacji swojego celu. Jest pomysłodawcą Andaluzyjskiego Planu Leśnego oraz kampanii przeciwko wylesianiu: „Jeden Andaluzyjczyk, jedno drzewo”, którą przeprowadził 26 lat przed ogłoszeniem roku 2011 Międzynarodowym Rokiem Lasów. Paco już dwudziesty rok z rzędu wstaje o 6 rano i kieruje organizacją przyznającą największą w Europie liczbę znaków jakości żywności ekologicznej.

„To właśnie CAAE jako pierwsze zaczęło nagłaśniać skutki intensywnego rolnictwa”. W latach 90. sensacją były pestycydy. Dzisiaj wielu rolników choruje, zaś środki chemiczne stały się „Nasza codzienną trucizną” (film dokumentalny Marie-Monique Robin ukazujący zagrożenia dla zdrowia powodowane przez pestycydy). Bez wahania możemy nazwać Paco wizjonerem, ponieważ promowane przez niego ekorolnictwo rozwija się bardzo intensywnie: od 1 672 ha poświadczonych w 1991 roku do 829 839 ha obecnie. Wzrasta także liczba producentów przechodzących na nowy sposób uprawy: 2 689 w ciągu 4 lat.

Rolnik albo będzie „bio”, albo nie będzie go wcale

Co sprawia, że producenci tak szybko przestawiają się na ekorolnictwo? Muntse Ligero, pucołowata i radosna kobieta, zajmuje się jednocześnie hodowlą 150 kur niosek oraz uprawą warzyw na kilku hektarach. Oba jej przedsięwzięcia już uzyskały certyfikat ekologiczny. Ponadto, zaczęła także przygotowywać potrawy i desery ekologiczne. Uprawą ekologiczną zainteresowała się już w dzieciństwie, dzięki ogródkowi rodzinnemu, który dosyć długo zastępował jej supermarket. Przyznanie jej produktom znaku jakości ekologicznej było tylko zwykłą formalnością. „Certyfikat ekologiczny otwiera przed tobą wszystkie drzwi” – motto, które dobrze współgra z filmem reklamowym CAAE. To właśnie za „siłę wiodącej na rynku europejskim marki ekologicznej” Muntse Ligero płaci rocznie 900 euro. Zaś reszta pozostaje w jej rękach, a zwłaszcza na jej głowie: „ekorolnictwo jest przyszłością tego sektora. Jedna rodzina może bez problemu wyżyć z dwóch hektarów zróżnicowanej uprawy ekologicznej. Z drugiej strony, ważniejsza staje się kwestia zbytu. Zmiana, która przeraża niejednego producenta: „rolnicy obawiają się rynku żywności ekologicznej, ponieważ na poziomie lokalnym jest jeszcze słabo rozwinięty. Ale ich największy niepokój wzbudza porzucenie pestycydów, gdyż bez nich ich uprawy będą narażone na choroby. Mi jednak nigdy się to nie przydarzyło”.

Eksportować produkty ekologiczne? Dlaczego?

Czy to kwestia pokolenia? Tak, ale nie tylko. Chodzi tu także o uwrażliwienie na kwestię. Mimo że CAAE szczyci się swoją działalnością edukacyjną, Ekologicznym Tygodniem na obozach terenowych, mieszkańcy Sevilli nie mają wystarczającego dostępu do żywności ekologicznej. Muntse twierdzi, że „większość działań CAAE jest skierowana na eksport. Stowarzyszenie mogłoby większą uwagę poświęcić rynkowi lokalnemu”. Pepe, właściciel sklepu z produktami ekologicznymi Gaia i restauracji o takiej samej nazwie, także nie jest przekonany do CAAE. Zwolennik idei ruchu Slow Food, „konsumpcji jak największej ilości produktów pochodzących od lokalnych producentów”, nie płaci 400 euro rocznie, by uzyskać znak jakości ekologicznej, ponieważ „wszystkie produkty, które sprzedaje, mają już taki znak”. Tylko dlatego? Odkąd jego żona zaczęła prowadzić zajęcia z chińskiej medycyny naturalnej, przyznaje, że miał trochę wątpliwości, czy nie zostać członkiem CAAE, jednak odstręcza go to, że „od samego początku hiszpańska produkcja ekologiczna jest skierowana tylko na eksport”.

Reszta na eksportProdukcja żywności ekologicznej i eksport, to dwie koncepcje a priori trudne do pogodzenia. Jednak liczące 11 106 członków CAAE, którego produkcja w 80% przeznaczona jest na eksport, uważa, że honorowanie jego znaku jakości poza granicami Andaluzji umożliwia produktom ekologicznym bycie rozpoznawanymi i większy zbyt... a zatem przyczynia się do poprawy sytuacji ziemi i osób ją uprawiających. Dlatego też stowarzyszenie prezentuje się na wszystkich targach ekologicznych, z których najbardziej znany jest Biofach odbywający się co roku w Norymberdze w Niemczech. Najlepszym sposobem by zachęcić młodych do powrotu do rolnictwa, jest bycie otwartym i dynamicznym. By tego dokonać, według Paco, „trzeba temu zajęciu przywrócić stabilność. I to w trybie pilnym, gdyż „tylko 4 % hiszpańskich rolników jest w wieku poniżej 35 lat”.

Mający 41 lat José Joaquim Suarez Tejeiro jest jednym z tych nielicznych „młodych”. Ten uprzejmy dyrektor dużego przedsiębiorstwa nie obawia się powiązania ekologii z eksportem... oraz płynących z tego zysków. Pośród jego dwudziestki przedsięwzięć odnajdujemy zarówno ekologiczną hodowlę, jak i usługi na rzecz ulokowania nowego supermarketu sieci Lidl. Jednak, jak przyznaje absolwent zarządzania, „tym co dostarcza mu najwięcej radości jest ziemia”. I nie kłamie. Zna na pamięć swe pastwiska znajdujące się w Huelva i uwielbia obserwować ze swojego Audi Quatro świnie, które później zamieniają się w cenną jamon de bellotas. U niego nic się nie marnuje. Wszystko jest przetwarzane: prawdziwa próba realizacji koncepcji „cradle to cradle” (dosłownie „od kołyski do kołyski”, tytuł książki Williama McDonough’a i Michaela Braungarta, którzy proponują sprowadzić produkcję do permanentnego recyklingu). Prosty przykład: z dębów, których żołędziami żywią się świnie, wykorzystuje się także tkankę roślinną - korek, z której można wyprodukować nie tylko kroki do win, lecz także wiele rodzajów mebli, parasolki itd. Jednak jeśli zapytamy, gdzie trafiają te wszystkie produkty ekologiczne, to usłyszymy, że „na północ Hiszpanii, do Niemiec, Skandynawii... To całkiem logiczne, ponieważ tam różnica pomiędzy ekorolnictwem i rolnictwem tradycyjnym jest bardziej dostrzegalna niż tutaj. W Andaluzji ludzie widzą tylko jedną różnicę – cenę”. Jednak dla Muntse i Pepe, to właśnie w ich regionie produkty ekologiczne powinny odegrać większą rolę. Tak, by ich cykl życia „od kołyski do kołyski” przechodził częściej przez żołądki Andaluzyjczyków, a trochę rzadziej przez pokłady samolotów.

Dziękuję całej ekipie cafebabel.com w Sewilli: Clarze, Elinie i Sylvii

Ten artykuł powstał w ramach projektu Green Europe on the ground 2010-2011, serii reportaży cafebabel.com na temat zrównoważonego rozwoju.

Fot. główne (cc)nothing to hide/flickr; tekst: ©Emmanuel Haddad