Erasmus na antypodach - z Bolonii na Tahiti

Artykuł opublikowany 27 lipca 2012
Artykuł opublikowany 27 lipca 2012
Wielu studentów z radością wykrzyczało zdanie: „Ojej, wygrałem stypendium Erasmusa!", ale na pytanie: „Gdzie?", ja odpowiedziałam „Na Tahiti”. Entuzjazm, strach, wirtualne wycieczki po Google Earth, szczepionki wszystkich typów, pożegnania, samolot i niezapomniana przygoda.

Polinezja stała się niewyobrażalnym rozdziałem w moim życiu, kosztowaniem smaku mitycznego świata składającego się z plaż i orzechów kokosowych. To prawda, że chodzi się tu w klapkach cały rok a Polinezyjczycy nigdy nie noszą zabudowanych butów. Prawdą jest też, że można pływać w błękitnych lagunach zamieszkanych przez żółwie i fosforyzujące ryby, i że wszyscy mają tatuaże i zawsze można coś przekąsić, zrywając na przykład mango z przydrożnego drzewa.

Raj, o którym wszyscy marzą…

Egzotyczne wyobrażenia znajdują swoje potwierdzenie w zapierających dech w piersiach krajobrazach, w bezkresnych i jasnych horyzontach i w spokojnym codziennym życiu stale uśmiechniętych ludzi. Jednak Polinezja to również raj cierpiący. Ta wyspa, odkryta przez nawigatora Samuela Wallisa w 1767 r., stała się ostatecznie „innym miejscem”, ucieczką i przygodą, zapowiadającym życie w zgodzie z naturą, a przy okazji mniej kłopotliwe. Całe stronice literatury egzotycznej przywróciły pamięć o tym mitycznym miejscu, podczas gdy kolonizacja zakończyła proces „zawłaszczenia" (legalnego?) tego, co jeszcze „do wzięcia”.

Jako studentka Uniwersytetu Polinezji Francuskiej(instytucji utworzonej w 1999 r., która w ciągu roku może przyjąć maksymalnie 10 osób z 3 tys. zapisanych) mieszkałam w religijnym internacie dla dziewcząt. Pewnego popołudnia, po długim śnie, wyszłam by kupić piwo, i kiedy raczyłam się nim na balkonie mojego pokoju zjawiła się zaniepokojona Marie (imię fikcyjne). Zabrała mi piwo, ponieważ alkohol był zabroniony i ryzykowałam wydaleniem. Ta scena godna amerykańskiego serialu dała początek przyjaźni. Marie urodziła się w Fatu Hiva, studiowała ekonomię, nauczyła mnie francuskiego, ale także kilka podstawowych słów tahitańskiego („nanà” – oznacza cześć, „maeva” - witaj). Pamiętam, że mówiła ciągle, że ubieram się jak chłopak, a mój piercing był naprawdę dziwny. Potem zaprosiła mnie bym spędziła Boże Narodzenie z jej rodziną, opowiadała mi historie na pograniczu legendy i rzeczywistości o kwiatach, o zwierzętach i o morzu - spokojnym w lagunie i burzliwym poza rafą.

Nieoczekiwane przebudzenie

Dookoła morze. Kilka pobliskich wysp przełamuje horyzont, samoloty transportują fotografujących turystów, a pary podczas miesiąca miodowego - rozpieszczane przez luksusowe hotele - wyjadą jedynie z namiastką ledwo co skosztowanego raju. Jednak wystarczy się na chwilę zatrzymać, spojrzeć i pomyśleć a wszystko zacznie nam się jawić w zupełnie innym świetle. Na początek poznaje się ich – wiecznie opalonych tubylców pochylonych nad książkami, mówiący językami Starego Kontynentu i znający tamtejszą topografię niczym paryscy licealiści.

Kim są? Polinezyjczykami czy Francuzami? Europejczykami, czy mieszkańcami Oceanii? I tu pojawia się niewygodne określenie „déchirure", co można przetłumaczyć jako „bolesne rozdarcie" lub „poczucie podziału" między dwoma światami. To zdezorientowane indywidualności, które próbują wyobrazić sobie metropolię, chociaż wychowali się na piasku, choć w szkole pisali „dissertation", ale w domu rozmawiali w pełnym samogłosek języku tahitańskim.

W Polinezji żyje wielu Francuzów nazywanych „franì”. Są to emigranci, z których to niektórych można by określić „uprzywilejowanymi” ze względu na ich możliwość snucia marzeń o wieloletnich wakacjach. Ja przybyłam tam prawie przez przypadek, musiałam wybrać z kim spędzać czas.

Nigdy nie widziałam mieszanych przyjaźni, a nawet byłam świadkiem rasistowskich kłótni. Wybrałam Polinezyjczyków, bo przyjęli mnie miło od samego początku, byli mną zaintrygowani i prawie zaskoczeni faktem mojej gotowości uczestniczenia w ich życiu, nawet jeśli tylko na krótko.

Jeśli zapytasz, co sądzą o ewentualnej niepodległości Polinezji, uśmiechają się i mówią, że my biali - „popaa" - ciągle zadajemy pytania. Inni, z chłodem godnym liberalnych menedżerów wyjaśniają, że korzystają z uprzywilejowanego systemu podatkowego.

O smutnych konsekwencjach testów nuklearnych na sąsiedniej wyspie Mururoa (ostatni miał miejsce w 1994 r.) dowiedziałam się dzięki doktorantce z Montrealu, a następnie decydując się na napisanie pracy magisterskiej o Chantal T. Spitz, pisarce, która wykorzystuje znajomość języka francuskiego, by swoje polemiczne zagadnienia przenieść za ocean, sycąc je dawną ustną tradycją opowieści o świecie sprzed kolonizacji. W 1991 r. opublikowała „L'Ile des Reves écrasés”, sagę rodzinną, która jest historią wszystkich Polinezyjczyków, spotkaniem i zderzeniem z Europą, ambicją pisania by zagrzewać do walki i potwierdzaniem swojej tożsamości. Według tej autorki słowo jest zdolne do rewindykacji, gdyż „nadszedł czas, aby napisać naszą historię widzianą przez nas samych”.

Pewnego dnia na plaży, w czasie słonecznych świat Bożego Narodzenia na Bora Bora, rozmawiałam z członkiem dużej i hałaśliwej rodziny, z wujem Marie. „Byłem w Los Angeles, następnie wróciłem. Gdy tam unosiłem głowę, widziałem kawałki nieba. Brakuje mi tego” - powiedział wskazując na horyzont.

Zabawne, ponieważ nie będąc tego świadomym, zacytował fragment wiersza „Drzewa cytrynowe” Eugenia Montale:

l'illusione manca e ci riporta il tempo /nelle città rumorose dove l'azzurro si mostra / soltanto a pezzi, in alto, tra le cimase” („Ale złudy nie staje, czas niesie nas powrotnych w te hałaśliwe miasta, gdzie błękit się jawi tylko po kawałku, w górze, między gzymsami. [tłum. Zygmunt Kubiak])”.

Fot.: vgm3838/flickr; w tekście: © di Caterina Grignani