Erasmus w Stambule. „Najpiękniejszy okres w moim życiu”

Artykuł opublikowany 22 lipca 2009
Artykuł opublikowany 22 lipca 2009
„Erasmusi” w Stambule mają dwie możliwości: albo zaangażować się w tętniące i na wskroś polityczne życie miasta, albo oddać się „erasmusowskiemu” piciu na umór w oddalonym od centrum kampusie. Druga część raportu z doświadczeń nabytych w Stambule.

Jedna ze studentek Erasmusa, ucząca się na prywatnym uniwersytecie Halic, mieszczącym się w większości islamskiej części miasta, opowiadała ostatnio, że należy do niewielkiej ilości studentek mieszkających w kampusie, które nie noszą na głowie chust, co uznawane jest za bardzo dziwne. Mimo że w laickiej Turcji noszenie nakrycia głowy w miejscach publicznych jest zabronione, to jednak na większości uniwersytetów chusty są tolerowane. Mój uniwersytet jest, jak zresztą w większości innych przypadków, wyjątkiem. Muzułmańskie studentki, aby uniknąć problemów z ochroną, ściągają swoje chusty za każdym razem przed wejściem do uniwersytetu, jednakże nie wyglądają z tego powodu na szczególnie nieszczęśliwe. À propos wejścia. W ostatnich dniach przy wejściu do uniwersytetu Yıldız skrupulatnie przeszukiwano plecaki wszystkich studentów. Powód: przed kilkoma tygodniami miała tu miejsce bójka pomiędzy dwoma politycznymi grupami studentów, w którą to musiała wkroczyć policja. Zaprzyjaźniona studentka Erasmusa studiująca na uniwersytecie Yıldız opowiadała, jak wychodząc w tym czasie z budynku uczelni, widziała z oddali kampus otoczony chmurą gazu. Policja, która właściwie nie ma prawa wkraczać na teren kampusu, bombardowała chuliganów gazem łzawiącym dotąd, aż udało jej się ich rozdzielić.

(zdj.: Tcp909 / Flickr)

Sposób, w jaki państwo stosuje tutaj przemoc wobec swoich obywateli, jest nie tylko interesujący dla studentów, zajmujących się tematem władzy i państwa, lecz także zauważalny i doświadczalny na ulicach Stambułu każdego dnia. Zakładając, że wyjdzie się na ulice.

Studenci Erasmusa, którzy na przykład, jak to jest w przypadku mojego uniwersytetu, mieszkają w strzeżonym, czystym kampusie, oddalonym od centrum o dwie godziny, po azjatyckiej stronie, tak naprawdę niewiele wiedzą o prawdziwym obliczu miasta.

Ze względu na odległość rzadko udają się na pulsującą życiem europejską stronę miasta, a ich kontakty ograniczają się przeważnie do innych „Erasmusów” tego samego uniwersytetu, z którymi wychodzą wieczorami do knajpy i piją tyle alkoholu, na ile stać ich studencki portfel. Ich trud zintegrowania się z życiem stambulskim ogranicza się do minimum, które najczęściej nie wystarcza nawet na nauczenie się tutejszego języka. Ma to całkiem pragmatyczne powody. Bardzo niewielu „Erasmusów” mieszka ze studentami mówiącymi po turecku. Nawet jeśli mieszkają w akademikach – pomysł, który tutaj, przede wszystkim w obupłciowym wariancie, nie jest jeszcze tak popularny, jak w naszych szerokościach geograficznych – to ich współlokatorami są inni studenci Erasmusa. „ Na początku chciałem mieszkać także z Turkami, ale potem zamieszkali tu „Erasmusi” i myślę, że teraz nie opłaca mi się już stąd wyprowadzać” – brzmi odpowiedź, kiedy pytam, dlaczego nie mieszkają z Turkami, jeśli chcą się nauczyć tureckiego. Nauce języka tureckiego nie sprzyja również fakt, że w większości uniwersytetów wykłady prowadzone są w języku angielskim. A przecież język to pierwszy krok w stronę kultury innego narodu. Jeśli ktoś chce się nauczyć języka, musi jak najwięcej rozmawiać, czy to z ludźmi na ulicy, na zakupach, czy też z kierowcą autobusu. Jest to najczęściej niesamowicie interesujące, ale bywa też czasem frustrujące. Po dziewięciomiesięcznym pobycie w Stambule nadal jeszcze nie rozumiem więcej niż połowy z rozmowy, nadal nie potrafię czytać tutejszych gazet, ale potrafię przynajmniej zrozumieć sens rozmowy i w wystarczający sposób się porozumieć. Im lepiej znam język, tym głębiej wnikam w kulturę i w życie tego kraju, tym więcej informacji przyswajam. To wszystko motywuje do dalszej pracy.

(zdj.: jhefele / Flickr)Pewien znajomy „Erasmus“, który tak jak ja przybył do metropolii nad Bosforem w ostatnim semestrze zimowym, nie nauczył się po turecku nawet zwykłego „cześć”. Za to świetnie bawił się na wielu imprezach w swoim międzynarodowym akademiku i mówi, że chciałby tu znów wrócić, ponieważ przeżył tu „najpiękniejszy okres w swoim życiu”.

Pod koniec pierwszego semestru, kiedy to większość „Erasmusów” Uniwersytetu Yeditepe miała wracać do swoich krajów, kilkoro z nich zorganizowało przyjęcie pożegnalne. Impreza miała się odbyć pod hasłem Misses and Mister Whatever. Wszyscy studenci Erasmusa mieli wybrać sobie swojego faworyta spośród między innymi takich kategorii jak: Nieobecny "I never see you around", Modny "When you walk, everyone says: Wooooooooow", Cool "Yeah man, I'm pissing ice cubes", Patriota "In my country...", Mądry "What was first, the chicken or the egg?", Altruista "Are you OK???", Napalony "Ooops! You are burning, baby!". Jak zwykle błyszczałam na imprezie „Erasmusów“ swoją.... nieobecnością, miałabym jednak do zaproponowania tutaj jeszcze jedną kategorię: No brain, no pain "I do not know anything about the life in Istanbul but at least I had the best time of my life".

Przeczytajcie tutaj pierwszą część portretu Erasmusa autorstwa Hariki!