Erlend Øye : Should I stay or should I Legao?

Artykuł opublikowany 4 lutego 2015
Artykuł opublikowany 4 lutego 2015

Dyskusje Kathy i Fedego, naszej niemiecko-włoskiej pary, nigdy nie są nudne i banalne. I to właśnie z tego powodu poprosiliśmy ich o recenzję najnowszej płyty Erlenda Øye, „Legao”

Fede: No nareszcie! Nowy album Erlenda Øye! Tak bardzo go potrzebowaliśmy! Nie do wiary, można pomyśleć, że ten człowiek ma w sobie wbudowany zegar, który wskazuje mu, z jaką regularnością wydać nowe, zupełnie identyczne albumy. „Quiet is the new loud” (tytuł albumu Kings of Convenience, red.) naprawdę stało się dewizą Erlenda. Monotonia, jaka towarzyszy wypuszczeniu na rynek każdego jego nowego albumu, jest doprawdy mierżąca. Jedyną zmianą, jaką przynosi każdy objaw twórczości Øye dotyczy jego stanu konta w banku.

Katha: Ty i te Twoje antykapitalistyczne riposty, zawsze chcesz rozsadzić system od środka. Tymczasem osiągasz efekt przypominający wyważanie otwartych drzwi. Takie zachowanie jest jak trolling na portalach społecznościowych – krytykujesz bez podawania konkretnych argumentów. Uważam, że się mylisz – Erlend Øye to naprawdę jeden z przedstawicieli wymierającego gatunku artystów europejskich, którzy nie wpadli w sidła maszynerii wielkich wytwórni muzycznych. W przeciwieństwie do wielu muzyków, Erlend pozostaje wierny swojemu stylowi i ideom i nie jest przy tym pretensjonalny. Wraz z kolegą z Berlina stworzyli własną wytwórnię Bubbles Records i wypuścili „Legao” na rynek. Genialny album, tak a propos, zaskakujący nowymi elementami, które odróżniają go od debiutanckiego solowego „Unrest”.

Fede: Doskonale zdajesz sobie z tego sprawę, ze w dzisiejszych czasach nie jest dobrym pomysłem wydawać płytę w wielkich wytwórniach, bo w jaki sposób trafisz wtedy do publiczności miłujących alternatywę hipsterów? Ta dewiza DIY z niewielkim nakładem finansowym staje się świetną wymówką, która ma rekompensować brak talentu. Jestem pełen podziwu – The Whitest Boy Alive, Kings of Convenience, a teraz kariera solowa – a wszystko to dlatego, że inni mieli już dość grania w kółko tego samego. Ewolucja na poziomie zerowym. I nawet nie wspominaj o istnieniu jakiegokolwiek stylu muzycznego, bo to wierutne bzdury. Tak w ogóle to zastanawiałaś się dlaczego Øye otworzył wytwórnię płytową ze swoim kumplem z Berlina? Może po prostu nikt nie chciał wydać jego płyty?

Katha: Na samym początku – polecam zrobienie małego fact checku – Kingsi, których Erlend utworzył ze swoim przyjacielem z dzieciństwa z Norwegii, byli przed The Whitest Boy Alive, powstałym już w Berlinie. I możesz mi jeszcze wytłumaczyć, co folk ma wspólnego z elektro i reggae? Z każdym swym kolejnym albumem, Erlend sprawia, że podróżujemy i zanurzamy się w kawalkadzie różnorodnych dźwięków. Przy „Legao”, na przykład, współpracował z jedną z największych islandzkich grup reggae – Hjálmar. Kojarzysz? Robią północne reggae, które tak kochasz. Do tego dochodzi jego znak firmowy – nieśmiały i jednocześnie balsamiczny głos, proste akordy gitarowe i czysta forma indie popu. Erlend robi pop w Manchesterze, elektro w Berlinie i reggae na Islandii – ale w tym wszystkim do końca pozostaje sobą. I ma to, o czym marzy większość artystów – jego głos rozpoznaje się już po pierwszych sekundach utworu.

Erlend Øye - Garota"

Fede: Mówisz, że Erlend sprawia, że podróżujemy, ale chyba jedyną osobą, która podróżuje jest on sam. Ne szczędząc sobie przy tym samozadowolenia. Jedzie do Berlina, następnie na Sycylię, do Chin, ale w którym momencie dzieli się z nami dźwiękami krajów, które odwiedza? Nigdzie nie ma nawet śladu egzotyki, czegoś, co pochodzi z odległych krain. Muzyka Erlenda jest muzyką, z którą można podróżować co najwyżej do nudnego mieszkania w modnej dzielnicy, gdzie pełno jest tyczkowatych osób w okularach w grubych oprawkach i koszulach zapiętych pod szyję. Osoby te pasjami rozprawiają o nowych odkryciach na rynku żywności bio. Podsumowując, z Erlendem nigdy nie zajedziesz dalej niż do jego rodzinnego Bergen w Norwegii. Ten człowiek po prostu uodpornił się na inne kultury. Nawet, kiedy nagrywa klip we Włoszech, wszystko zostaje takie samo, jak zawsze – czarno-białe i pozbawione życia. Nawet jeśli wokół świat eksploduje feerią kolorów.

Katha: Ale czego Ty właściwie chcesz? Kolejnej kopii tego, co na rynku muzycznym już się wydarzyło? Dobrze wiem, że tego właśnie najbardziej nienawidzisz, więc nie bądź teraz farbowanym lisem! Jasne, że coś takiego, jak Erlend Øye przebrany za Celentano nigdy by nie przeszedł! Widzisz go, jak śpiewa „Tu vuò fà l'italiano…’ strzelając z palców? Boki zrywać. Wielokulturowe niuanse i smaczki Erlend subtelnie przemyca do swoich utworów. „Garota”, drugi kawałek na płycie, inspirowany jest jego podróżą do Seulu. Ten chłopak zawsze przeczuwa modne tendencje. Mieszkał w Berlinie zanim było to cool. Nosił okulary geeka zanim było to hype.

Fede: Słuchaj, w gruncie rzeczy nie chodzi tu o okulary. Porozmawiajmy lepiej o muzyce. Uważam, że w życiu ten chłopak jest naprawdę o wiele bardziej statyczny, niż wskazywałyby słowa jego piosenek. Nie rzuciło Ci się to w oczy? Ogólnie piosenki mają strofy, przejścia, refreny. Nie mówię tu już o solo instrumentalnych, bo wymagałbym zbyt wiele. W utworach Øye jest tylko jeden ciągle powtarzający się akord. Weźmy na przykład ścieżkę numer 10, zatytułowaną „Lies become part of who you are”. Masz wrażenie, ze ten utwór nigdy się nie kończy. Wyobrażasz to sobie na koncercie? Nie ma takiej możliwości – jedyne miejsce, do którego ten utwór się nadaje to domowe zacisze.

Katha: W tym względzie mogę akurat przyznać Ci rację. W 2007 roku byłam na koncercie The Whitest Boy Alive w Dreźnie i ludzie tańczyli jak szaleni. W przypadku „Legao” taniec trochę trudno sobie wyobrazić. Jednakowo trudno sobie wyobrazić także coś piękniejszego niż „Rainman” w jesienny wieczór. Stąpamy po śladach tego Piotrusia Pana, który nigdy nie dorośnie (a ma już, w co trudno uwierzyć, 38 lat).

Fede: Nareszcie przyznajesz mi rację! W takim razie i ja się do czegoś przyznam. Dzisiejszy rynek zalany jest artystami, którzy za wszelką cenę starają się sprawiać wrażenie sexy imprezowiczów, wszystko tylko po to, żeby osiągnąć sukces komercjalny. W tej sytuacji dobrze jest też mieć kogoś z grzecznym instagramowym uśmiechem, kto robi spokojną muzykę do posłuchania w domu. Kogoś, kto szepcze Ci do ucha, że świat jest dobry i pełen wielkodusznych osób. Dreaming is free!