Europa: co po Bushu?

Artykuł opublikowany 19 stycznia 2009
Artykuł opublikowany 19 stycznia 2009
Europa z zapartym tchem czeka na 20 stycznia, dzień w którym ma się odbyć inauguracja Baracka Obamy na 44. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Czy po ośmiu latach stopniowego pogarszania się stosunków transatlantyckich Europa bezpowrotnie straciła zaufanie do USA?

W Sylwestra na nowojorskim Union Square trwały ostatnie przygotowania. Ludzie wydawali się bardziej niż zwykle szykować do zabawy: po trudnym roku 2008 zdesperowani czekają na lepszy rok. Na stoiskach sprzedawano produkty z Barackiem Obamą – od koszulek i czapek z daszkiem po ogromne kubki. „Interes dobrze idzie” – mówi sprzedawca. „Ludzie są naprawdę podekscytowani”. Za wielką wodą również: we wrześniu 2008 PIPA (Program on International Policy Attitudes) przeprowadziła badania, według których większość Europejczyków spodziewa się, że amerykańskie stosunki ze światem poprawią się po przeprowadzce Obamy do Białego Domu. Jednak czy Europejczycy chcą, żeby kontakt był tak bliski, jak kiedyś?

Polityka zagraniczna, gospodarka, środowisko: w świecie u progu nowego milenium, gdzie istnieje jedno super-mocarstwo Europa nie miałaby żadnego wpływu bez wsparcia USA. Jednak koniec końców, to Europa miała rację, ale satysfakcja płynąca z “a nie mówiłam” jest mało pocieszająca, gdy do szkody już doszło.

2003: wojna i pokój

(zdj.: DK)Na przykład polityka zagraniczna. Gdy Niemcy i Francja odmówiły wsparcia inwazji na Irak w 2003 roku, ostrzegając przed jego potencjalnymi konsekwencjami, sekretarz obrony Donald Rumsfeld opisał je lekceważąco jako „starą Europę”. Wielka Brytania wzięła udział w wojnie, jednak była to decyzja bardzo niepopularna wśród Brytyjczyków. Były premier Tony Blair zyskał przydomek „pudla Busha”, a wielu uważało, że nie ma wyboru, należy wspierać planowaną przez USA inwazję z powodu „specjalnego związku” tych państw (zwanego także przez niektórych „umową o pozostanie 51 stanem”).

Wojna w Iraku przyciągnęła małe kontyngenty europejskich wojsk. Dla wielu osób pokazało to prawdziwe stosunki między UE a USA: zamiast bycia partnerami, USA wzywa, a Europa ma za nią podążać. A koniec końców to „stara Europa” została obwiniona za porażkę przy znalezieniu broni masowego rażenia – powodu ataku – oraz za chaos, który był jego konsekwencją.

Brak działania na rzecz środowiska

(Jaume d'Urgell/flickr)Gdy Bush przejął stanowisko w 2001 roku, nie uważał globalnego ocieplenia za fakt naukowy, a za teorię. Jego administracja odmówiła ratyfikacji Protokołu z Kioto. Kraje rozwijające się uznały to również za przyczynę, dla której nie podpisano ONZ-owskiego porozumienia w sprawie środowiska. Europejczycy coraz poważniej traktują zmiany klimatyczne, jednak wiedzą, że niewiele mogą zrobić bez współpracy z USA. Unijne instytucje nie osiągnęły nawet poziomu dojrzałości pozwalającego na wspólną koordynację spójnej i ujednoliconej polityki środowiskowej w Europie. W końcu amerykańscy republikanie uznali, że globalne ocieplenie istnieje, a w konsekwencji zmiana klimatu stała się dużym problemem poruszanym podczas kampanii prezydenckiej w 2008 roku. Jednak po ośmiu latach lenistwa, czas się kończy. Europa była gotowa na działanie już osiem lat temu, ale nie mogła tego zrobić bez Stanów Zjednoczonych.

Wolnorynkowa porażka

USA woli podejście wolnorynkowe, podczas gdy kontynentalna Europa preferuje wprowadzenie dużej ilości regulacji (Wielka Brytania jest pomiędzy tymi dwoma ekstremami). Przez dekady te dwa bardzo różne systemy współistniały pokojowo, jednak w dzisiejszym zglobalizowanym świecie zlały się ze sobą, co pokazał obecny kryzys gospodarczy. Kryzys jest w dużym stopniu wynikiem rozregulowania amerykańskiego rynku finansowego, które miało miejsce w ciągu ostatnich 20 lat. Instytucje regulujące były pozbawione swoich uprawnień i stały się nieefektywne, zwłaszcza za kadencji Busha. Gdy kota nie ma, myszy harcują: inwestorzy byli pazerni i nie było nikogo, kto by wziął ich w karby.

Niestety z powodu natury amerykańskiego systemu gospodarczego finansowe problemy Ameryki szybko rozprzestrzeniły się na cały świat, mimo że rynki finansowe w Europie były chronione. Wielu Europejczyków uważa, że w tym roku czeka nas śmierć anglosaskiego kapitalizmu wolnorynkowego, skoro Europa cierpi z powodu problemów, które powstały niemal całkowicie w USA.

(freemarketmyass/flickr)Podczas francuskiej prezydencji w Unii Europejskiej prezydent Nicolas Sarkozy mówił wyjątkowo dużo na ten temat. We wrześniu 2008 podczas przemówienia w Toulonie Sarkozy zmieszał z błotem amerykański system mówiąc, że drastyczne rozregulowanie wolnego rynku było „szaleństwem, za które obecnie płacimy”. Żeby chronić się na przyszłość, Europa musi przejąć inicjatywę i stworzyć nowe światowe zasady bankowości, skoro obecny system w którym jest mało przepisów jest obecnie „skończony”. Rosyjski prezydent Dmitrij Miedwiediew stwierdził prosto z mostu, że mit wyższości amerykańskiej gospodarki upadł, a era gospodarczego przewodnictwa tego kraju jest skończona. Europa znowu miała rację na dłuższą metę. Jednak „a nie mówiłam?” brzmi śmiesznie w środku recesji.

Naiwnością jest oczekiwanie, że stosunki europejsko-amerykańskie wrócą do stanu z roku 2000. Europejczycy lubią Obamę, jednak sparzyli się mocno na prezydenturze Busha, który w końcu był dwukrotnie wybrany przez Amerykanów. Kto powiedział, że Amerykanie za 4 lata nie wybiorą znów kogoś podobnego? Prezydentura Busha jest może pobudką dla Europy, że pod hegemonią USA nie może ona być produktywna, nie może też być ofiarą amerykańskich wyborców. Jak mógłby powiedzieć odchodzący prezydent „Fool me once, shame on you. Fool me twice...well...we won't get fooled again”.