Europa i lęk przed „żółtym zagrożeniem”

Artykuł opublikowany 17 stycznia 2006
Artykuł opublikowany 17 stycznia 2006

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

„Kiedy Chiny się obudzą, Ziemia zadrży” twierdził Napoleon, ten, który sprawiał wrażenie człowieka nie obawiającego się wielkiego świata. Ten strach, który Chiny wzbudzają na Zachodzie nie trwa od wczoraj.

W Paryżu w maju 1968 liczni i zorganizowani pod sztandarem Jean Paula Sartra, maoiści zatrzęśli gaullistowską Francją. W tym roku barykad, myśl rewolucyjna wywodząca się z idei marksizmu i leninizmu rozciągającą się od Nowego Jorku aż po Pragę, którą ustanowił jako swoją regułę „Wielki Mistrz” Mao Zetung miała posłużyć do odnowy walki z kapitalizmem. To czasy, w których „Żółte zagrożenie” mocno zabarwiło się na czerwono. Chiny, młodszy brat Związku Radzieckiego i druga młodość komunizmu uginającego się pod ciężarem stalinizmu, zagrażały zatem upadkiem podwalin społeczeństw zachodnich przywołując wizję walki klasowej. Chwalebna walka w imię nowej moralności w oczach całego pokolenia warta była wyjścia na ulice.

Diaboliczność chińskiego kapitalizmu

Inne czasy, inne zwyczaje i fala szaleństwa opanowały Unię Europejską w styczniu zeszłego roku na skutek odwołania „Porozumień Multifibre” – „Wielo-włókienniczych” zatwierdzonych w ramach negocjacji na łonie Światowej Organizacji Handlu (WTO) co oznaczało koniec kontyngentu narzuconego przez 25 krajów na import produktów włókienniczych z Chin. Zresztą, w kwietniu 2005 roku, Peter Mandelson, Komisarz Europejski do spraw handlu oświadczył, że „są powody do zaniepokojenia, Europa nie może nic nie robić”.

Ta niezmienność w obawie przed władzą środka zna ironiczne drgawki: Chiny, jeszcze 30 lat temu zdeklarowany wróg zachodniego kapitalizmu, są jak bestia wynurzająca się z tego kapitalizmu, którym odtąd straszą Europę. Chiny, kierowane żelazną ręką administracji komunistycznej, tylko już z nazwy, nawrócone na zasady ekonomii rynkowej, które uosabiają przerażający wizerunek zglobalizowanego porządku skrajnego komunizmu, skierowanego w stronę „wszystko dla zysku”, co działa ze szkodą dla najbardziej podstawowych zasad demokracji takich jak poszanowanie praw człowieka czy warunków pracy.

Media między krytyką a wychwalaniem

Jeśli Chiny cierpią na stały wzrost krytyki, ściągając na siebie wszystkie niepokoje i zło przypisywane globalizacji, jednak chcąc nie chcąc trzeba przyznać, że Chiny zbierają również komplementy ze strony komentatorów chwalących otwarcie wyniki ekonomiczne i coroczny, stały, oszacowany na 9% i odnotowany od 1978 roku wzrost gospodarczy. Manuel Ollé, profesor na wydziale Studiów Orientalnych na Uniwersytecie Pompeu Fabra w Barcelonie, przypomina w swojej ostatniej pracy zatytułowanej „ Made in China”, że wizerunek Chin w mediach oscyluje między pochwałą a naganą, w miarę jak skupiamy się na szybkości ich rozwoju ekonomicznego, na nierównościach socjalnych, czy na trwałym braku wolności politycznych. Według autora, te zmiany podążają dość wiernie za wiatrem wiejącym ze Stanów Zjednoczonych do Chin. W ten sposób podróż chińskiego prezydenta, Yang Zemin do USA w 1997 roku a w ślad za nim wizyta rok później jego amerykańskiego odpowiednika Billa Clintona spowodowała, że prasa amerykańska i pośrednio europejska zdołały nagle odkryć, że Chiny nie są tak niebezpieczne i źle usposobione jak wydawało się od dramatycznego epizodu ma placu Tiananmen, gdzie w czerwcu 1989 roku, tłumienie przez armię studenckich buntów doprowadziło do śmierci 1400 osób i zranienia ponad 10000.

Czyja to wina?

Aby uniknąć wpadki w pułapkę niestałości mediów, musimy przypomnieć sobie o dwóch rzeczach. Po pierwsze, gdy przypomnimy sobie sen o „Żółtym zagrożeniu” i przypiszemy Chinom diabelski charakter za ich transformację w światową fabrykę bez żadnych regulacji, wprowadzającą na rynek międzynarodowy produkty po śmiesznych kosztach, nie możemy zapomnieć o tym, że liczne ze złowrogich przemysłów, które utrzymują chińską siłę roboczą w warunkach pracy nie do przyjęcia, są w rzeczywistości firmami z kapitałem zachodnim. Przykładem jest firma Timberland produkująca buty, nosząca w Chinach nazwę Kingmaker, zatrudniająca 4700 pracowników z czego 80% stanowią kobiety i nieznaną lecz znaczącą liczbę dzieci pracujących za 45 euro centów na godzinę, przez 16 godzin dziennie. W ten sam sposób pracownicy Pumy pracują 16 godzin dziennie w fabryce znajdującej się w okręgu Dongguan, mając raz na dwa tygodnie prawo do jednodniowego odpoczynku. Po drugie, że Chiny są tak rozległe, złożone i sprzeczne, że można bezustannie podawać przeciwstawne wersje stereotypów, nie dlatego że byłyby one kłamliwe, ale że ograniczają się do mniejszej przestrzeni, nie będącej reprezentacją całego kraju.