“Europejczycy dnia codziennego” – awangarda czy marzyciele?

Artykuł opublikowany 20 lipca 2009
Artykuł opublikowany 20 lipca 2009
Autor: Stefan Fersterer Tłumaczenie: Aleksandra Szczęsny Uważamy się za Europejczyków i mocno wierzymy w pewien rodzaj europejskiej tożsamości. Ole był rok na Erasmusie w Hiszpanii; Jorge pojechał do Norwegii aby odbyć praktyki w ramach programu Leonardo-da-Vinci, a Marija rozpoczyna karierę w Brukseli.

Wiemy, gdzie i jak zgłaszać się na finansowane przez Unię konferencje i seminaria, i rozkoszujemy się przyjemnymi efektami ubocznymi taniego podróżowania. I nie poświęcamy uwagi ludziom, którzy mogą nie lubić takiego „umiędzynarodowionego” życia. Normalne dla nas jest spotkanie z polskim kolegą z Erasmusa w Londynie w jeden weekend i udział w dyskusji o kwestiach migracji na warsztatach w Belgradzie miesiąc później. Jednak większość ludzi nie ma pojęcia o Erasmusie, Leonardo, programach młodzieżowych, a jeszcze mniej wie o koncepcji obywatelstwa europejskiego.

Według najnowszych wyników ankiet publikowanych przez Eurobarometr, kwestie tego typu i pytania o europejską tożsamość mieszczą się u samego dołu listy obywatelskich życzeń wobec UE. Czy jesteśmy tylko marzycielami, którzy kompletnie ignorują codzienne życie zwykłych ludzi? Czy uważamy się za europejską elitę, która wykorzystuje uprzywilejowaną pozycję, z reguły poza tłem tytułów uniwersyteckich, aby cieszyć się wolnością pracy i poruszania się ludzi we wszystkich aspektach? Właściwie, pytanie powinno brzmieć: „Czy my, jako samozwańczy „prawdziwi” Europejczycy rzeczywiście mamy ze sobą tyle wspólnego, czy też całe to europejskie „doświadczenie” jest tylko fazą w naszym młodzieńczym życiu, kiedy poszukujemy samospełnienia i osobistego, towarzyskiego czy zawodowego rozwoju, który pozwoli na lepszą pracę i mniej „zeuropeizowane” życie w latach późniejszych? Czy powinniśmy myśleć, że cała lista nowych znajomych na Facebook’u jest głównym długoterminowym wynikiem mobilnośći europejskiej?

Oczywiście nie da się zaprzeczyć, że nowa awangarda, charakteryzująca się anty-nacjonalistycznym i głównie pro-europejskim podejściem, jest popierana przez takie schematy edukacyjne. Jednak, już teraz faktem jest, że nie każdy korzysta z takich możliwości. Właściwie, chęć odrycia swojej europejskiej tożsamości bardzo często zależy od procesów społecznych i/lub podłoża finansowego. Komisja Europejska używa nas jako żyjącej historii sukcesu swojej polityki edukacyjnej. Ale czy owe programy faktycznie zbliżają nas do Unii Europejskiej, czy też korzystalibyśmy z nich bez względu na to, czy instytucjami je wspierającymi byłoby NATO lub ONZ? Uwielbiamy imponować naszym znajomym spoza Eurogeneracji i opowiadać im jakież to wspaniałe doświadczenia ich ominą, jeśli nie przyjmą naszego europejskiego stylu życia i próbujemy im go zaszczepić. Jednocześnie żałujemy, że nasi lokalni przyjaciele nie rozumieją już naszej wizji życia; doświadczamy poczucia dezintegracji i nie potrafimy sobie znaleźć miejsca w lokalnej społeczności. Czy jesteśmy elitarną mniejszością „świadomych” i „korzystających”, którzy odcinają się od korzeni? Czy w ogóle próbujemy budować most pomiędzy ludźmi, którzy są zeuropeizowani a tymi, którzy nie są? Czy UE wykorzystuje nas do zapewnienia sukcesu swoim strategiom czy jest na odwrót, i to my wykorzystujemy ją dla własnych, prywatnych korzyści? Cokolwiek się założy, nacisk powinno kłaść się na wartość dodaną programów takich jak Erasmus, Leonardo itd.

Najwyraźniej, europejska tożsamość dla wszystkich pozostaje niczym więcej niż idealistyczną wizją elit, chyba, że my – samozwańczy Europejczycy – zaczniemy wkładać więcej energii w zmianę myślenia na bardziej europejskie i w działanie na poziomie lokalnym.