"Europejczycy zmarnowali szansę!"

Artykuł opublikowany 29 stycznia 2006
Artykuł opublikowany 29 stycznia 2006

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Irakijski reżyser Saad Salman podkreśla jak ważna jest amerykańska obecność na terytorium Iraku i żałuje, że Francja, która go gościła przez trzydzieści lat, nie przyczyniła się do upadku Saddama Husajna.

Po należącym do gatunku kina drogi filmie dokumentalnym Bagdad: On/Off, który był zakazany w czasach Saddama Husajna, reżyser Saad Salman powrócił do Iraku aby nakręcić nowy film. Chcąc poczuć atmosferę Bagdadu, postanowił napisać scenariusz na miejscu, a nie w Paryżu, do którego został wygnany w 1976 roku. Zaangażowany w proces odbudowy Iraku, Saad Salman robi wszystko by zostać niezależnym od władz politycznych tego kraju. Odmówił wielu wysokich stanowisk i nie należy do żadnej partii politycznej, co stanowi zresztą jego główny problem.

Jak Pan przyjął powrót do kraju, po tak długim pobycie we Francji?

Mam takie samo wrażenie, jak wtedy, gdy trzydzieści lat temu przyjechałem do Francji. Dziwne, ale czuje się w Bagdadzie jak obcy. Wszystko uległo radykalnym zmianom, prawa, symbole czy nawet sposób mówienia...Przykładem mogą ubyć ubrania: za moich czasów, w Bagdadzie, źle było widziane chodzenie w dżelabie, podczas gdy dzisiaj, wydaje się to zupełnie normalne. Teraz jest właściwie niemożliwe, by spotkać na ulicy kobietę, która by nie miała zakrytej twarzy. Do Bagdadu przybyli ludzie ze wsi i Beduini i wszystkie "miejskie zachowania" całkowicie zanikły. Mamy do czynienia z regresją.

Czy konflikty między społecznościami są widoczne w Iraku?

Ja nie czuję się ani Sunnitą ani Szyitą, tylko po prostu Irakijczykiem! Nie wyczuwa się napięć na ulicy, natomiast polityka stwarza sztuczny niepokój. Są siły wewnątrz i poza Irakiem, takie jak Francja, które opierają się na konfliktach miedzy społecznościami, aby zlikwidować projekt amerykański.

Co myśli Pan o obecnej roli Amerykanów?

Nie można oceniać dogodności tej interwencji, choć można powiedzieć, że była ona dobra ze względu na upadek Saddama Husajna. Problemem Amerykanów są Irakijczycy. Trudno jest Amerykaninowi znaleźć wspólny język z Irakijczykiem. Trzydzieści lat faszystowskiego reżimu stworzyło kulturę hipokryzji i przepaść powstała sama. Irakijczycy i Amerykanie nie rozumieją się. Mieszkańcy Iraku wymagają obecności amerykańskiej, która wykraczałaby poza domenę wojskową, potrzebują amerykańskiego doświadczenia i technologii... Nie można walczyć czołgami i helikopterami z małymi organizacjami mafijnymi. Amerykanie użyliby bomby atomowej by zabić szczura!

Dzisiaj króluje atmosfera wrogości czy nadziei?

Jesteśmy daleko od wojny domowej. Wcześniej, osoby, które popełniały zbrodnię, robiły to w ciszy, w imię ideałów politycznych. Obecnie, nie należą już one do aparatu władzy, ale ich zbrodniczy instynkt pozostał. Zmienili obóz i odtąd zabijają cywili. Trzeba również podkreślić, ze chodzi tutaj o mniejszość, która pracuje dla irakijskich tajnych służb. Jednak Irakijczycy udowodnili, że są solidnym społeczeństwem: przez 12 lat udało im się uniknąć wojny domowej. Proces polityczny rozwija się i nie ma już możliwości by zrobił krok w tył. Środkowy wschód w całości skorzysta z polepszenia się sytuacji w Iraku. Pomimo licznych przeszkód, 10 milionów Irakijczyków jest bardzo zaangażowanych i żaden z nich nie zgodzi się na powrót reżimu faszystowskiego.

Jeżeli chodzi o obecność oddziałów europejskich, czego po nich oczekują Irakijczycy?

Dla Irakijczyków nie ma zjednoczonej Europy, tylko wiele oddzielnych krajów. Jeżeli Francja chce udawać, że jest całą Europą i za tym się chować, to jej sprawa. Opierała się na jednej osobie przez trzydzieści lat, ale to nie jest wina Irakijczyków. Francja miała możliwość uczestnictwa w wyzwoleniu Iraku, a teraz płaci konsekwencje swych wyborów.

Ogólnie, Irakijczykom nie podoba się obecność obcych wojsk, bardziej potrzebują sił, które chroniłyby ich rozwój polityczny, bez ingerowania w jego przebieg. Jesteśmy atakowani przez Iran, Turcję, Syrię, Jordanię i Arabię saudyjską, więc obecność amerykańska jest potrzebna. Europejczycy zmarnowali szansę! Mimo że niektóre kraje europejskie są obecne w Iraku, Francja i Niemcy, dawni sprzymierzeńcy reżimu Saddama, do nich nie należą. Nie można więc powiedzieć by Europa przemawiała jednym głosem.