Europejskie rozmowy przy barze

Artykuł opublikowany 19 lutego 2013
Artykuł opublikowany 19 lutego 2013
Pomimo zakazu palenia, dym papierosowy unosi się w nieco zwietrzałej już, podobnie jak moje piwo, atmosferze. Nie wracam zbyt często na stare śmieci - do tej typowo szwabskiej mieściny, która staje się dla mnie coraz bardziej obca. A może to ja staję się obcy dla niej?
Prawdę mówiąc, jestem teraz obywatelem Brukseli - małym trybikiem w maszynerii, która nieustannie wydaje nowe dyrektywy i rozporządzenia. Jestem działaczem z przekonania. W dalszym ciągu.

"Ej, ty!", słyszę od jakiegoś typa siedzącego obok, kiedy wstaję właśnie od stolika, aby zapłacić rachunek. Odwracam się. Mój rozmówca podnosi się i blokuje mi drogę. Fetor piwa uderza mnie w twarz. "Jesteś z Unii, co nie?". Jest mniej więcej w moim wieku i mówi z charakterystycznym akcentem, jak zresztą wszyscy tutaj. I tak jak ja kiedyś. Po chwili wahania, przytakuję.

Przed laty praca w Parlamencie Europejskim była naprawdę prestiżowym zajęciem. Teraz jestem nieco bardziej ostrożny. "W Twojej Unii – mówi i dotyka palcem wskazującym mojej klatki piersiowej – my, Niemcy, jesteśmy jedynie skarbonką bez dna dla Greków i całej reszty". Kumple przy stole gorliwie przytakują i podnoszą kufle napełnione piwem pszenicznym w geście toastu. "Co robicie w związku z kryzysem? Nic, mam rację?"

Cóż za ryzykowne stwierdzenie! Parlament Europejski ma przecież czym się pochwalić: regulacja rynków finansowych, handel derywatami, transakcje wysokich częstotliwości, ulepszony system ochrony oszczędności, bardziej restrykcyjne standardy kapitałowe banków, etc. Imponujące rezultaty Parlamentu są tymczasem niezauważalne dla obywateli.

Mimo wszystko, przytakuję mu: "zgadza się, nic nie robimy". Na twarzy mojego rozmówcy pojawia się zdziwienie – z pewnością nie spodziewał się takiej reakcji. "No, przynajmniej jesteś szczery", odpowiada ze swoim specyficznym akcentem, po czym zsuwa bejsbolówkę z czoła i uprzejmie pozwala mi przejść . W tym momencie mógłbym bezpiecznie się oddalić, ale właściwie nie czuję już takiej potrzeby. Objaśniam mu więc krótko: "nic nie robimy, bo to nie jest sprawa Unii". "Jak to nie?" - patrzy na mnie pełen zdumienia - "przecież to nie ma żadnego sensu".

Policzek wymierzony integracji europejskiej

Ma rację. Zwlekam z odpowiedzią na to pytanie – w końcu jestem teraz na urlopie i nie mam najmniejszej ochoty wdawać się w tego typu zażarte dyskusje. Jednak rozgoryczenie nie pozwala mi milczeć i daję upust od dłuższego czasu tłumionym emocjom. Wyjaśniam, że rządy państw członkowskich (a przede wszystkim rząd Niemiec), zawierając bilateralne umowy pod ”parasolem ratunkowym” wpuściły w maliny nie tylko Parlament Europejski, ale i całą Unię. Umowy zawierane na zasadzie "każdy z każdym" (jak gdyby państwami zainteresowanymi nie były Francja, Niemcy czy Polska, a Papua-Nowa Gwinea, Haiti czy Mali), mają na celu uniknięcie kontroli Trybunału Sprawiedliwości w Parlamencie Europejskim. Takie działania określane są w mediach mianem polityki kuluarowej. W istocie jest to tzw. de-demokratyzacja Unii Europejskiej i prawdziwy cios w integrację państw UE.

Wideo: Wiadomość z Portugalii

Mój rozmówca wydaje się tymczasem nieco zamyślony i ponownie nasuwa czapkę na czoło. Z jego twarzy zniknęła dotychczasowa zaciekłość, w zamian pojawiło się skupienie. Jak my wszyscy z pewnością widział w telewizji, jak posłowie Bundestagu głosowali nad zagadkowymi "parasolami bezpieczeństwa ". Widział też zapewne zdjęcia ludzi protestujących na ulicach całej Europy i rozgoryczone twarze przywódców państw pogrążonych w kryzysie, którzy zmuszeni byli podporządkować się żelaznym programom oszczędnościowym Angeli Merkel. Państw, które naprawdę zaciskają pasa - jak niegdyś naród niemiecki u schyłku Republiki Weimarskiej.

Widział te zdjęcia i poczuł, że coś z tą Unią jest nie tak i podświadomie nabrał do niej dystansu. Wszyscy odnosimy wrażenie, że coś tu nie gra i ślepo ufamy naszemu instynktowi. Widocznie nam, Europejczykom, udało się rozwinąć nieomylny zmysł, który uaktywnia się w momencie, gdy nasza demokracja jest zagrożona.

"Według Merkel to jedyna możliwość ", dodaję i wzruszam ramionami. W ostatnim czasie kanclerz Niemiec przedstawiła Unii Europejskiej swoje propozycje reform. Zmiany te dają nadzieję na lepsze jutro.

Nie jest to już wspólna, ale znowu niemiecka Europa, która wyraźnie przoduje na tle całej reszty. Merkel z pewnością jest zdania, że jej rozwiązanie jest jedynym możliwym. Ale moja wizja Europy jest inna - w mojej Europie rządzi demokracja. Dokładnie tak, jak w przypadku mężczyzny w bejsbolówce. "Na waszym miejscu nie pozwoliłbym sobie wejść na głowę". Przytakuję i odpowiadam: "drzemie w tobie więcej z Greka niż myślisz". Pełen zdumienia spostrzegam, że znowu mówię z dawnym szwabskim akcentem. Uśmiecham się do niego, a on odwzajemnia uśmiech. Znowu jestem u siebie!

Fot.: (cc)tombeardshaw/flickr