Eurowizja: Europa powinna być dumna ze swojego karnawału szaleństwa

Artykuł opublikowany 24 maja 2016
Artykuł opublikowany 24 maja 2016

Choć zazwyczaj otacza go aura niezręczności i zakłopotania, w tym roku Konkurs Piosenki Eurowizji miał i swoją poważną stronę. Nie tylko zrobiono wszystko, żeby wypromować konkurs wśród nowej amerykańskiej publiczności, ale też finał zakończył się zwycięstwem ballady przywołującej deportacje Tatarów krymskich z 1944 roku - a wszystko przy dźwiękach piosenki o człowieku w kołowrotku dla chomika.

Spacerując sztokholmskim mostem Strӧmbron, można podziwiać imponujący widok siedziby szwedzkiego parlamentu. Idąc dalej w kierunku Pałacu Królewskiego, dostrzegam mężczyznę z peleryną zrobioną z ukraińskiej flagi. Fioletowe i niebieskie transparenty z hasłem „Come together” powiewają na wietrze. Eurowizja przybyła do miasta.

Coś, co zaczęło się jako konkurs między siedmioma państwami, dziś jest wystawną dwutygodniową imprezą, tak obleganą, że 42 chętnych musi ze sobą rywalizować już na etapie półfinału. Ciężko wyobrazić lepsze miejsce na to wydarzenie niż Sztokholm, któremu rola orgnizatora przypadła po tym, jak Szwed Måns Zelmerӧw wygrał konkurs w 2015 roku, wykonując duet z holograficznym dzieckiem.

Szwecja: bohaterowie Eurowizji na miarę naszych czasów

„Uwielbiam, kiedy to Szwedowie są gospodarzami" - mówi mężczyzna paradujący w kamizelce z flagą Wielkiej Brytanii. „Udaje im się zachować równowagę pomiędzy nabijaniem się z konkursu i traktowaniem go poważnie". Szwecja umie w Eurowizję. Dobrze rozumie szaleństwo, które opanowuje scenę, na której lateksowy zombie metal występuje obok sekstetu piekących chleb rosyjskich babuszek – i robi to bez mrugnięcia okiem.

W ciągu 61 lat historii konkursu Szwecja wygrała aż sześć razy (wyprzedza ją tylko Irlandia). Reprezentant tego kraju wybierany jest w trwającym przez cały rok programie Melodifestivalen – telewizyjnym show cieszącym się największą oglądalnością. Zwycięzcy stają się powszechnie rozpoznawalni – w okresie przed finałem trudno wejść do baru i nie usłyszeć zwycięskiej piosenki.

 

W muzeum ABBY (szwedzkich zwycięzców z 1974 roku) fani mogą cieszyć oko specjalną wystawą Eurowizji, gdzie zobaczyć można oryginalne stroje, a nawet wziąć udział w Eurowizyjnym karaoke. Śpiewają nie tylko fani: niektóre światła uliczne zostały zaprogramowane tak, by grać przechodniom piosenki szwedzkich zwycięzców konkursu.

Taki entuzjazm stoi w olbrzymim kontraście to zażenowania, z którym na ogół odnosi się do konkursu Wielka Brytania. Ale to przestarzały pogląd. „Wielka Brytania próbuje wysyłać ludzi na konkurs, który już nie istnieje" - mówi John, brytyjski fan, którego spotykam dzień po finale. Szwecja natomiast patrzy w przyszłość. 

„Wolałabym, żeby ta piosenka nigdy nie powstała”

Przed finałem bukmacherzy stawiali na Rosjanina Siergieja Łazariewa, który na co dzień, kiedy akurat nie jest zajęty uczestniczeniem w Eurowizji, prowadzi Poodle Strudel – firmę zajmującą się przygotowywaniem na zamówienie ciast dla psów w Sankt Petersburgu. Wraz z napływem głosów na szczycie znalazła się reprezentantka Australii, Dami Im, która w czasie występu sterowała holograficzną konsolą komputerową godną Raportu mniejszości. Jej piosenka opowiadała o problemach, które pojawiają się w związkach na odległość (trudno znaleźć parę, którą dzieliłaby większa odległość niż Australia i Eurowizja).

W tym roku, by jeszcze bardziej podkręcić dramatyzm finału, wprowadzono nowy system głosowania, w którym rozdzielono punkty przyznawane przez sędziów od tych nadesłanych przez publiczność. W rezultacie widzowie byli świadkami nagłego zwrotu akcji, kiedy to w ostatniej chwili Australia została zdetronizowana przez Ukrainę, a Rosja wylądowała na trzecim miejscu.

Zwycięski przebój Jamali zatytułowany 1944 nawiązuje do deportacji Tatarów krymskich przez władze sowieckie i dedykowany jest jej babci. Odbiega on zupełnie od bezproblemowej tematyki utworów dotychczasowych zwycięzców, a nawet od surrealistycznej próby zakwalifikowania się przez tę samą piosenkarkę do konkursu w 2011 roku. „Trudno byłoby znaleźć bardziej depresyjną piosenkę” - mówi John.

Już sam jej tytuł przywołuje wspomnienia najmroczniejszych momentów historii Europy. „Wolałabym, aby te straszne rzeczy nie przydarzyły się mojej babci” - powiedziała Jamala na konferencji prasowej po swojej wygranej. „Wolałabym, żeby ta piosenka nigdy nie powstała”.

Powstrzymywała łzy, gdy krymski dziennikarz poinformował ją, jak wiele jej zwycięstwo znaczy dla ludzi tego regionu. Nagle media zmuszone były gładko przejść od dociekania, czy nagi Białorusin wystąpi na scenie z żywymi wilkami, do przypominania czytelnikom dwuletniej rosyjskiej okupacji Krymu. Tradycyjny brokat i efekty pirotechniczne serwowane były teraz wraz z dawką geopolitycznej analizy. 

„Witamy na Ukrainie”

Po transmisji na żywo Jamala wystąpiła na oficjalnym after show dla publiczności składającej się między innymi z członków OGAE, organizacji zrzeszającej fankluby ESC z całego świata. Chociaż fani mogą być pełni współczucia dla tragicznej historii rodziny artystki, jej piosenka nie nadaje się specjalnie do tańczenia. John twierdzi, że raczej nie usłyszy się jej zbyt często w europejskich klubach gejowskich.

Zgodnie z tradycją zwycięstwo Jamali gwarantuje Ukrainie rolę przyszłorocznego gospodarza. Według tęczowego rankingu praw człowieka środowisk LGBTI prowadzonego przez ILGA-Europe kraj ten zajmuje 44. pozycję z 49, co oznacza, że duża część fanów Eurowizji może obawiać się przyjazdu.

Na after party rozmawiam z trzema brytyjskimi członkami OGAE. Dwójka mówi, że nie pojadą na przyszłoroczny konkurs. Trzeci nie wyklucza tego pomysłu, „pod warunkiem, że wszystkim zostanie zapewnione bezpieczeństwo”. Obecny poradnik rządu Wielkiej Brytanii dla podróżujących na Ukrainę nakazuje ostrożność wyłącznie tym, którzy jadą na Krym.

Bez względu na to, czy Kijów będzie pełnił rolę gospodarza dla Eurowizji 2017, nie ulega wątpliwości, że konkurs cieszy się coraz większą popularnością. W zeszłym roku wydarzenie pojawiło się w chińskiej telewizji, w tym natomiast po raz pierwszy prowadzona była transmisja na żywo w Ameryce – pojawił się też Justin Timberlake jako gość specjalny. Fakt, że tak światowej sławy artysta wydawał się dziwnie nie na miejscu, jest dowodem na niepowtarzalną urodę konkursu. Europa powinna być dumna z tego szalonego święta, które udało jej się stworzyć, a które łączy w sobie absurdalne występy z poważną międzynarodową polityką - i to bez najmniejszego wysiłku.