FiSahara, festiwal filmowy w Saharze Zachodniej

Artykuł opublikowany 18 maja 2011
Artykuł opublikowany 18 maja 2011
Każdego roku w dniach od 2 do 8 maja grupka młodych aktywistów z Hiszpanii organizuje dosyć niezwykły festiwal filmowy. Jego oryginalność wynika z dwóch faktów. Po pierwsze, jest to jedyny festiwal filmowy organizowany w obozie dla uchodźców. Po drugie, ma on usunąć w cień żmudne oczekiwanie na dzień, w którym Sahara Zachodnia odzyska niepodległość.
Relacja z wizyty w obozie Dakhla w pierwszy dzień festiwalu FiSahara.

Potrzeba trzech godzin, by przebyć pustynię, która oddziela lotnisko w Tindouf od obozu w Dakhla, najbardziej odosobnionego ze wszystkich zbiorowisk ludzkich na terytorium Algerii, w których od 35 lat przebywa około 150 000 uchodźców z ludu Sahrawi (rdzennej ludności Sahary Zachodniej). Docieramy tam drogą wiodącą przez szczerą pustynię. Gdzie się nie obejrzeć, tam tylko piasek. Jeszcze niedawno ludzie umierali na tej drodze, zdradza Nacho, dziennikarz z Hiszpanii i zarazem znawca tego regionu. Na pustyni zachodzą pewne zmiany, lecz ich tempo jest porównywalne z szybkością działań ONZ, które już od dwudziestu lat przygotowuje referendum o samostanowieniu, w którym Sahrawi zadecydują o ich wspólnym losie (przyłączeniu Sahary Zachodniej do Maroka lub niepodległości). Sahrawi wciąż czekają.

Osiem lat temu przybyła tutaj grupa Hiszpanów uzbrojonych w taśmy filmowe, rzutniki, kamery i prawdziwą sympatię dla uchodźców zamieszkujących w obozach. Ich cel? Przerwać pustynną rutynę parzenia herbaty, palenia papierosów i zabijania dostarczając dużej dawki dobrego humoru i światowego kina. Zaś przede wszystkim pragną dialogu międzykulturowego. David, Laura, Carlos, Gerardo, Paz i inni przybyli by tchnąć trochę korzystnej bezczynności do tego świata niedostatku.

Rytuał wspólnego spędzania czasu inicjowany przez Sidiego; dopiero co wrócił z Libii, spędził 15 lat na Kubie

„To zły sygnał” – stwierdził rzecznik prasowy festiwalu FiSahara, chociaż sam docenia wygodę i możliwość szybkiego dojazdu bez grzęźnięcia w wydmach. Carlos Bardem, częsty gość festiwalu, również jest zaniepokojony: „Im więcej rząd Maroka tutaj inwestuje, tym więcej ma powodów, by włączyć Saharę Zachodnią na stałe do swego terytorium. Nie ma żadnych powodów, dla których mieliby zorganizować tutaj referendum, ponieważ czują się jak u siebie”. Debata nie milknie. Wręcz przeciwnie – ukazuje paradoks obecnej sytuacji Sahrawi: chęć jak najszybszego wciągnięcia kotwicy i oswobodzenie się oraz pragnienie godnego życia, lecz pozostanie jeszcze długo w tym samym miejscu…

„Hamada” – czy wiesz, co to oznacza? Sidi właśnie wrócił z Libii. Ten przedstawiciel ludu Saharwi wyjechał studiować na Kubę w 1988 roku (był jedną z 450-ciu osób, którym się to wówczas udało). Zanim został inżynierem cywilnym w jednej z hiszpańskich firm i wyjechał w delegację do Tripoli, zdołał już zwiedzić cały świat. Nawet jeśli wrócił do kraju, to ciężko jest zostać w miejscu, gdzie trwa wojna. Tułaczka wielu Cubarahuis (czyli młodych pochodzących ze Sahary Zachodniej, którzy uzyskali dyplomy uniwersyteckie na Kubie) odbywa się według tego samego schematu: studia za granicą, później odkrycie wszystkich rzeczy zakazanych na pustyni, uzyskanie dyplomu, następnie powrót do miejsca bez perspektyw dla młodych i wykształconych. Czym się denerwować? „Joder, no hay nada” (‘Cholera, niczego nie ma!’), „Hamada”, jak podobno powiedzieli pierwsi nomadzi zawitawszy w te strony.

Festiwal FiSahara działa na zasadzie „coś za coś”. Istnieje cicha umowa, na mocy której młodzi Sahrawi opowiadają swoją historię młodym z całego świata, którzy w zamian dostarczają im niezbędnych do tego środków. Podczas całego festiwalowego tygodnia wolontariusze organizują warsztaty z produkcji dźwięku, kinematografii, realizacji i produkcji filmu. Po zakończeniu FiSahary pozostają takie ślady jak powstała w zeszłym roku szkoła filmowa, w której Sahrawi realizują swoją pierwszą serię filmów krótkometrażowych. Ale powolutku. Tutaj wszystko przychodzi do tych, którzy potrafią czekać.

Fot: ©EH