Francja pożera własne dzieci

Artykuł opublikowany 25 listopada 2015
Artykuł opublikowany 25 listopada 2015

[Opinia] We Francji wprowadzono stan wyjątkowy po raz pierwszy od 2005 r. 13 listopada, w dziesiątą rocznicę słynnych zamieszek na przedmieściach Paryża, terroryści dopuścili się straszliwej zbrodni. Przypadek? 

W 2005 r. na przedmieściach francuskiej stolicy wybuchły zamieszki, jakich do tej nie widziano. Miało to miejsce tuż po tragicznej śmierci 17-letniego Ziada Benny'ego i 15-letniego Bouny Trarorégo, dwóch nastolatków wywodzących się z rodzin imigrantów. Rozruchy rozpoczęły się w Clichy-sous-Bois, mieście rodzinnym obojga chłopców, jednak podobne incydenty zanotowano także w innych departamentach regionu paryskiego oraz takich metropoliach na południu kraju jak Tuluza i Marsylia. Nocą płonęły samochody i domy, doszło nawet do brutalnych starć między policją i młodymi uczestnikami manifestacji. 

Ówczesny minister spraw wewnętrznych i późniejszy prezydent Francji Nicolas Sarkozy chciał wymieść całą tę „hołotę” przy użyciu pompy ciśnieniowej. Wiek takich francuskich terrorystów jak Mohammed Merah, bracia Kouachi, Ismael Omar Mostefai czy Samy Amimour (dwaj ostatni 13 listopada znajdowali się w grupie zamachowców), odpowiada wiekowi młodych, którzy 10 lat temu zatrzęśli całym krajem w posadach. Amedy'ego Coulibaly'ego, który w styczniu 2015 r. wziął zakładników w sklepie Hyper-Casher, w 2009 r. przedstawiono prezydentowi Sarkozy’emu podczas inauguracji pewnego programu integracyjnego. Miał on na celu zapewnienie imigrantom stanowisk pracy. Próby spełzły jednak na niczym, bowiem Coulibaly’emu udało się zdobyć jedynie jedną umowę, do tego jeszcze na czas określony.

Złożono wiele obietnic, zaś de facto zmieniło się niewiele; nastolatków wywodzących się z zamieszkałych w większości przez imigrantów przedmieść francuskiej stolicy całkiem odsunięto na margines społeczeństwa. Szacuje się, że we Francji jedna czwarta młodych ludzi między 15 a 24 rokiem życia nie ma pracy, w tym jedna trzecia w samym podparyskim Saint-Denis.

W Francji, z inicjatywy francuskich służb wywiadowczych, powstał program ochronny „fiche S”, który swoim nadzorem objął 10 tys. osób, w tym wielu aktywnych terrorystów. Czy wobec tego dziś należałoby uznać tych wszystkich ludzi za kryminalistów i psychopatów spaczonych ideologią radykalnego islamu? Czy niegdyś młodych protestujących trzeba było nazwać „hołotą”? Podjudzać społeczeństwo, by piętnowało ich jeszcze bardziej? I wreszcie, wysyłać swoje wojska do Syrii tylko po to, by ostudzić zapały własnych obywateli? Zaraz po zamachach w Paryżu, w wyniku których zginęło 129 osób, a kolejne 350 zostało rannych, całą winą za nie obarczono uchodźców i pozostałych przyjezdnych. Bo przecież, nawet jeśli nie mają nic wspólnego z terroryzmem, to w końcu oni przywlekli ze sobą całe to zło. Musimy głęboko zastanowić się nad tym, czy naprawdę tworzymy wolne społeczeństwo, w obronie którego walczymy w Syrii. Ponadto, odpowiedzmy sobie na pytanie: czy to wszystko warte jest rozgoryczenia wszystkich tych, których dyskryminowano tylko z powodu nie takiego jak trzeba nazwiska czy adresu?

Dziś przed częścią swoich obywateli Francja nie roztacza żadnych perspektyw. Niektórzy z nich posuwają się nawet do zabójstwa swoich rodaków, którzy mogliby im zapewnić jakąkolwiek nadzieję na lepsze jutro. Właśnie oni – młodzi, utalentowani i dobrze zapowiadający się ludzie wywodzący się z różnych środowisk – padli ofiarami piątkowych zamachów. Jednym słowem – przyszłość narodu.

Być może to właśnie dlatego terroryści zdecydowali się wyjść na ulicę i zabijać; dlatego, że to oni chcieli być na miejscu ludzi, których zamordowali z zimną krwią; dlatego, że nikt nigdy nie dał im tej szansy. Z tego powodu skazali wszystkich na śmierć. Tak oto Francja pożera własne dzieci. To zresztą okrutne, brutalne, a obywatele powinni przywyknąć do tej mrożącej krew w żyłach codzienności, by już nigdy nie musieć stawiać czoła jakiejkolwiek nowej formie terroru.