Frederika Stahl, dziecko jazzu

Artykuł opublikowany 5 czerwca 2006
Artykuł opublikowany 5 czerwca 2006

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Nowa postać muzyki jazzowej, Szwedka Frederika Stahl. Wygląd lolitki maskuje żelazną wolę 21-letniej autorki tekstów, kompozytorki i wykonawczyni. Ta "przybrana" paryżanka otoczyła się najznakomitszymi artystami, aby urzeczywistnić swóje marzenie.

Popołudniowe słońce opromienia Pigall. Fasady kamienic zanurzone są w ciepłym świetle, nieprzebrane tłumy kłębia się na chodnikach: to w tej gorącej dzielnicy, o godzinie 17 mam spotkanie. Frederika Stahl, blondynka o porcelanowej cerze i delikatnych rysach czeka na mnie w towarzystwie swojego producenta, rzecznika prasowego i mamy. Jej ostatni album "A Fraction of you" okazał się ogromnym sukcesem : oklaśnięty przez krytykę podbija jazzową listę Virgin, prześcigając ostatni album Norah Jones. Pozorna kruchość Frederiki szybko zostaje zakwestionowana jej głosem o łagodnej i zarazem dojrzałej barwie. Głos musi się wydobywać z brzucha, a nie z gardła, ważne jest, aby umieć zaniżyć dzwięk, wyjaśnia mi nienaganną francuszczyzną. Frederika nigdy nie brała lekcji śpiewu, zna jedynie kilka podstawowych zasad solfreżu i pianina, ale przede wszystkim odznacza się wybitnym słuchem muzycznym. Jej metoda artystyczna nie jest zbyt ortodoksyjna : najpierw piszę teksty po angielsku, a potem w zależnośći od treści piosenki, znajduję dzwięk i rytm.

Spokojne wygnanie

Angielskiego nauczyła się w szkołach międzynarodowych. W wieku 4 lat osiedla się z cała rodziną we Francji, w bogatym przedmieściu stolicy, Saint-Germain-en-Laye. 8 lat później, nowa przeprowadzka wiedzie ich do Szwecji. Dziś mobilność ta wydaje jej się atutem, mimo, że w dzieciństwie czułam się wykorzeniona, wszędzie obca. Mowi, że Francuzi bardziej potrafią cieszyć się życiem niż Szwedzi, nawet jeśli jest to często źródłem nieładu. Z rodakami łączy ją życzliwość skryta pod chłodną powierzchownością i większa dostępność.

Jej serce jest między muzyką w Paryżu i rodziną w Szwecji. Jako paryżanka z wyboru, Stahl uprawia entuzjastyczny kosmopolityzm: Nowy Jork czy też Hiszpania, nie istnieje miejsce, do którego nie chciałabym dotrzeć. Tak wiele jest do odkrycia w każdym z nich.

Z maturą w kieszeni, artystka postanawia wziąć roczny urlop, żeby robić to co ma ochotę: mówić po francusku i wtopić się w artystyczne sfery. Kiedyś taniec był całym jej życiem, jednak śpiew zaczął po trochu zdobywać teren. Taniec polega przede wszystkim na interpretacji, a ja miałam potrzebę tworzenia, uzasadnia. A że w wieku 17 lat nie jest się poważnym, Frederika na nowo wyjeżdża do Paryża.

Uparta i świadoma

Bohema ma na początku gorzki smak: Stahl pracuje wieczorami w barze, z myślą o zarobieniu paru groszy i skomponowaniu kilku piosenek. Żeby się nie poddać powtarza sobie jak mantrę: w najgorszym wypadku, nie uda się. Ale nie ma mowy o przegapieniu szansy na robienie tego co lubię. Ciężki finansowo okres sprzyja inspiracji. Opuściłam rodzinne gniazdo, nikogo nie znałam, czułam się bardzo samotna… w gruncie rzeczy najczęściej przebywałam z sobą samą. Melancholijny uśmiech ogarnia także jej jasne oczy. Zza wrażliwości syreny północy, wspieranej przez mamę malarkę, przebija nieugięta determinacja, godna jej nazwiska- Stahl, które po niemiecku znaczy żelazo. Na pytanie jak przeszła przez trudności, artystka odpowiada: miałam szczęście szybko spotykając mojego producenta, ale od czterech lat pracujemy nad tym albumem na pełen etat. Jednym słowem sukces nie spadł na nią z nieba. Pewnie, że nie wiedziałam co z tego wyjdzie, ale jasne było dla mnie, że nie chcę zostać do końca życia kelnerką.

Dobre wróżki jazzu

Los uśmiechnął się do niej w 2004 roku, kiedy Tom Mc Clung, pianista Archie Shepp i legenda amerykańskiej sceny jazzowej odkrył jej próbne nagrania. Oczarowany brzmieniem folk-popu, proponuje zrobienie kilku aranżacji jej muzyki. Do nagrania pierwszego albumu, Stahl zostaje otoczona muzykami o wielkiej renomie, jak Dee Dee Bridgewater. Okres ten pozostaje w jej pamięci pod znakiem wzruszenia i... stresu. To co nagrywa się raz w studiu, pozostaje zapisane na zawsze. Musiałam się nauczyć jak radzić sobie z napięciem. Zaraz po wyprodukowaniu albumu dystrybucję trzeba było powierzyć muzycznym gigantom. Ich bramy nie były dla niej szeroko otwarte. Ze strony wytwórni nieustannie słyszeliśmy "tak, ale...", przypomina sobie Stahl. W czym tkwił problem? W niemożliwości zaszufladkowania do jednej kategorii albumu, będącego mieszanką różnorodnych stylów muzycznych. W końcu udaje jej się podpisać kontrakt z Sony BMG, co daje gwarancję międzynarodowego rozgłosu. Wracając do swoich pierwszych doświadczeń scenicznych, do jakich należy prestiżowy paryski kabaret New Morning, piosenkarka wyznaje, że kiedy publiczność przychodzi i bije brawo, artysta rozumie, że to co robi nie jest na nic. Ważne jest otrzymanie czegoś w zamian za pracę. Według naszej emigrantki, bliskim trudniej jest w nas uwierzyć niż obcym. Łatwiej jest spróbować szczęścia daleko od rodzinnego domu, stwierdza i dodaje po co wyjeżdżać w nieznane kiedy jest się otoczonym ludźmi, którzy Cię cenią? Stahl docenia szczęście jakim było poznanie w krótkim czasie odpowiednich osób i podkreśla wagę stabilnego otoczenia i zdrowego stosunku do własnej osoby. Najistotniejsze jest, aby wiedzieć dokładnie czego się chce przez wyruszeniem w nieznan. Gwiazda może spaść z nieba, ale ona mocno stąpa po ziemi.

Album A Fraction of you, Sony BMG, ma ukazać się w czerwcu w Niemczech, Włoszech, Izraelu i Japonii.