Galicja, kraina rozczarowanych młodych ludzi 

Artykuł opublikowany 28 października 2016
Artykuł opublikowany 28 października 2016

Hiszpański region autonomiczny Galicja znany jest na świecie z dwóch rzeczy: marki Inditex oraz Camino de Santiago, czyli Szlaku Świętego Jakuba. Niestety, żadne z nich nie zapewni godnej przyszłości młodym Hiszpanom. Ci, zmęczeni już czekaniem na szansę, która nigdy nie nadchodzi, coraz częściej decydują się na opuszczenie regionu w poszukiwaniu lepszego życia.

Zwyczajny jesienny dzień na ulicy Calle RealA Coruñi. Miasto budzi się pełne gwaru. Lokale i sklepy otwierają drzwi i w powietrzu można wyczuć powszechną bieganinę, zalewaną dochodzącym z portu zapachem morskiej wody. Pozornie wydawać by się mogło, że miasto jest aktywne gospodarczo, jednak nic bardziej mylnego. Szacuje się, że każdego dnia, zwłaszcza po powrocie z wakacji, 84 osoby w wieku od 20 do 34 lat opuszczają Galicję w poszukiwaniu lepszych perspektyw. W kontekście całego kraju, tylko regiony Kastylia i León mają wyższy wynik. Po Galicji wyróżniają się również Kastylia La Mancha, Aragonia i Estremadura. Wielu z tych młodych ludzi obiera sobie za cel Madryt, lub emigruje do Szwajcarii bądź Anglii. Jednak pewna część młodych ludzi postanawia zostać w Galicji.

Santiago ma 27 lat i jest inżynierem w firmie zajmującej się usługami dźwigowymi w A Coruñi. Mówi, że posiadanie pracy to niezły fart, bo „często bywa tak, że spędzasz całe lata na edukacji i kształceniu w zawodzie, po czym i tak nie masz gdzie pracować". W jego przypadku, wizja bezrobocia nie jest jeszcze zmartwieniem, którym jednak jest dla 26,6% młodych ludzi (w wieku od 16 do 29 lat) bez pracy. Jednakże, jego umowa nie jest jednoznaczna z poczuciem stabilizacji, potrzebnym do usamodzielnienia się. „Warunki obecnie proponowane w umowach nie są na tyle dobre, żeby wyprowadzić się z domu rodziców" – mówi. W tym samym wieku co Santiago jest Doris Fernandes, dziennikarka i tłumaczka mieszkająca w Mos w prowincji Pontevedra. Zgadza się z tym, że frustracja, z jaką zmagają się młodzi ludzie, często „przekłada się na powszechne akceptowanie niskich płac i niestabilnych warunków zatrudnienia, które nie pozwalają im na rozwój innych sfer życia, takich jak osobista czy społeczna". 

Na tych terenach, wyfrunięcie z rodzinnego gniazda to nie jedyny rodzaj emancypacji, o jakim się mówi. Galiza Nova, młodzieżowa organizacja Galicyjskiego Bloku Nacjonalistycznego (Bloque Nacionalista Galego), przeszła od poglądów nacjonalistycznych do otwartej obrony terytorialnej niezależności. „Jest z nami gorzej niż kiedykolwiek" – mówi Alberte Mera, sekretarz generalny Galiza Nova, dla którego niepodległość powinna stać się opcją. Santiago się z tym nie zgadza – twierdzi, że zbyt gwałtowne zmiany, jak chociażby Brexit, pozostawiają wiele znaków zapytania. „Powinniśmy dążyć do tego, by wszystkie terytoria w Hiszpanii i Europie były traktowane jednakowo" – zawyrokował. Ma również wątpliwości co do UE: „Pomysł stworzenia wspólnoty europejskiej nie był zły – gorzej poszło z wrowadzaniem go w życie". 

To właśnie Europa jest celem dla wielu młodych galicyjczyków. Olalla, 27-letnia dziennikarka, mieszka w Berlinie. Wyjaśnia, że w Galicji nigdy nie mogłaby żyć w takich warunkach, jakie ma w Niemczech. Mówi o emigracji jako „wolności", która pozwoliła jej wyjść z błędnego koła, w które wpadają Hiszpanie. Tak jak ona, na emigracji żyje też dwudziestoletni Yago Grela, pochądzący z Vigo. Mówi, że sytuacja Galicji jest nieco przygnębiająca, ale jego zdaniem wynika ona z samego położenia regionu - Galicja jest niemal odcięta od reszty kraju. Gdy skończy studia w Lannion we Francji, gdzie uczy się dzięki stypendium Erasmus, chce osiedlić się w Madrycie – miejscu, które, ma nadzieję, pozwoli mu na znalezienie pracy. Nie jest to tak oczywiste dla Beatriz, galicyjki z Londynu. Twierdzi ona, że „jedyną opcją po powrocie do domu jest założenie własnej działalności gospodarczej". 

To... długa historia.  

Od 1981 roku, czyli od momentu, gdy Galicja stała się regionem autonomicznym po czterdziestu latach dyktadury Franco, brak perspektyw, emigracja, starzenie się społeczeństwa, słaba infrastruktura, a nawet trudności, jakie przeżywa język galicyjski, były nieodłącznymi tematami debat wyborczych. A mimo to, nie wpłynęły one znacząco na głosy oddawane przez ostatnie lata. Młodzi ludzie mówią, że odczuwają niepokój, kiedy pyta się ich o wyniki ostatnich wyborów regionalnych z 25 września, podczas których Partia Ludowa (Partido Popular) kolejny raz zwyciężyła większością absolutną. Tylko Beatriz nie wyzbyła się pozytywnych odczuć: do parlementu weszło tym razem więcej sił politycznych nie kiedykolwiek. Doris, dziennikarka i tłumaczka z Pontevedry mówi: „jednocześnie smuci mnie i wyprowadza z równowagi to, że tak skorumpowana partia nie tylko nie płaci za swoje błędy, ale ma coraz mocniejszą pozycję". Zarówno Yago jak i Olalla zgadzają się, że wynik był do przewidzenia, i że jest on odzwierciedleniem przepaści pokoleniowej w społeczeństwie. Partia taka jak PP, popierana głównie przez najstarsze grupy społeczeństwa, dąży do spełnienia oczekiwań wyborców, pomimo tego, że to młodych ludzi bardziej dotyczą efekty obecnych działań politycznych. 

„Zara nie jest modelem do naśladowania"

Młodzi galicyjczycy nie czują się dobrze ani z PP jako główną partią polityczną w ich regionie, ani z tym, co robi Inditex - międzynarodowy symbol Galicji. Tą największą firmę branży odzieżowej, właściciela takich marek jak Zara, Bershka czy Stradivarius, krytykuje się za to, że przeniosła produkcję do krajów rozwijających się i tym samym nie wspiera lokalnego galicyjskiego rynku pracy. Olalla twierdzi, że „główny cel Zary to niszczenie kompetencji, zatem nie może być ona modelem do naśladowania". Yago także krytykuje model produkcji Zary. Uważa, że właściciel Inditexu Amancio Ortega „mógłby projektować i w całości produkować ubrania wszystkich swoich marek w Galicji, tworząc tysiące miejsc pracy i poprawiając stan lokalnej gospodarki. A jednak woli lokować swoje fabryki w Chinach czy Indiach, gdzie eksploatuje tanią siłę roboczą". 

„Galicyjczyk = ucieczka, nie walka"

Emigracja nie jest w Galicji niczym nowym. Poprzednie pokolenie dobrze wie, co to znaczy opuścić dom. Luis Castro ma 41 lat i jest z Santiago de Compostela, czyli z miejsca, gdzie kończy się Szlak Świętego Jakuba. W latach 90. był pierwszą osobą w rodzinie, która poszła na uniwersytet, by studiować inżynierię. Pomimo odbytej edukacji, musiał emigrować: spędził poza Galicją 8 lat, podczas których mieszkał w Walencji. W tym roku wrócił i rozpoczął pracę w Pontevedrze. Jego zdaniem, społeczeństwo ma dwie fundamentalne potrzeby: dostęp do dobrej jakości usług publicznych oraz zatrudnienie. „Mówi się, że galicyjczycy wolą uciekać przed wyzwaniami niż się z nimi mierzyć. Galicja mogłaby stać się drzwiami do Europy od strony Atlantyku; ma w końcu porty w Vigo i w A Coruñi. Moglibyśmy być nowym Rotterdamem, ale do tego potrzebowalibyśmy również dobrej infrastruktury". Główną arterią regionu jest autostrada między trzema największymi miastami (A Coruñą, Santiago de Compostela i Vigo). Jest płatna, co znacznie ogranicza wymianę handlową. Natomiast jeśli chodzi o kolej, to nawet inwestycje w szybkie pociągi nie pozwoliły skrócić czasu podróży do Madrytu do mniej niż sześciu godzin. A wszelkie niedociągnięcia były dobrze widoczne przy okazji wypadku pociągu AVE w 2013 roku – największej tragedii kolejowej w historii współczesnej Hiszpanii. 

Pomimo tak przytłaczającej sytuacji w regionie, wielu młodych ludzi postanowiło walczyć z konformizmem galicyjczyków oraz z ich odwiecznym „tak to już jest", które autorzy Manuel Rivas i Xosé Neira Vilas krytykują w swoich dziełach. Jak wyjaśnia Doris, chodzi o to, by Galicja nie była kojarzona tylko z Inditexem, ale również ze „specyficznym temperamentem, pradawnymi mądrościami, jedyną w swoim rodzaju kulturą, językiem, krajobrazami, kuchnią, przyrodą, a przede wszystkim z osiągnięciami naukowymi i przemysłowymi, ruchami społecznymi, z literaturą...". Teraz prowincje A Coruña i Vigo mogą poszczycić się własnymi uniwersytetami, które razem z tradycyjnym uniwersytetem Santiago de Compostela, przyczyniły się do zmniejszenia migracji studentów. Te dwa miasta, z największą liczbą ludności w regionie, wybudowały również własne lotniska, które znacząco wpłynęły na polepszenie komunikacji z resztą Hiszpanii oraz Europą.

Jeszcze nie wszystko stracone. Wciąż powstają nowe inicjatywy, które pokazują, że zmiany są możliwe. Nadzieją napawa na przykład festiwal sztuki miejskiej DesOrdes Creativas, który od 2010 roku jest organizowany w miejscowości Ordes, w połowie drogi między A Coruñą i Santiago de Compostela. Na tym festiwalu pojawiają się artyści z całej Galicji, by wspólnie upiększać fasady w miasteczku. Pomysłem szybko zaczęły się też inspirować inne miejscowości. Festiwal pewnie pozostałby niezauważony, gdyby nie stało za nim całe pokolenie ludzi gotowych walczyć z szarą i pozbawioną perspektyw rzeczywistością.