Gdy miałam 7 lat, w telewizji leciała „Randka w ciemno”

Artykuł opublikowany 27 marca 2015
Artykuł opublikowany 27 marca 2015

Ja mam nylony i klipsy z jaspisem, ty masz mokasyny i gadane. Zakochajmy się i podbijajmy egzotyczne kraje.

„Randka w ciemno” wypłynęła na fali „szklanej pogody”, która zalała potransformacyjną Polskę pięknych lat 90. Program, emitowany przez Jedynkę w latach 1992-­2005, skupiał przed telewizorami całe rodziny, te same, które pasjami pochłaniały „Szansę na sukces”, „Od przedszkola do Opola” i „Disco relax”. Moja rodzina nie należała do wyjątków, choć nigdy nie zdarzyło się nam nagrywać „Randki” na VHS, co robiła sąsiadka. Piękno „Randki w ciemno” tkwiło między innymi w prostocie zasad gry ­- kobieta wybierała mężczyznę lub mężczyzna kobietę spośród trzech niewidocznych kandydatów lub kandydatek poprzez zadawanie pytań. Wszystkiemu przyglądała się publiczność w kolorowych garniakach z poliestru, bluzach z napisem „Arizona” i trwałej ziołowej. Po zadaniu serii pytań i dokonaniu wyboru, przykładowy pretendent na męża zapoznawał się z tymi kandydatkami, których nie wybrał (ucałowanie dłoni oraz trzy buziaki w policzek), a następnie poznawał wybrankę. Elementem budującym suspens w tej sytuacji był parawan oddzielający dwoje głównych bohaterów. Parawan jak na tamte czasy był bardzo nowoczesny, bo automatyczny. Nagrodą dla finałowej pary była wspólna wycieczka ­ krajowa lub zagraniczna. Czasem Bobmark, wyłączny dystrybutor gier Pegazus, zapraszał do Mrągowa, czasem firma Standard Travel fundowała wycieczkę na Cypr.

Zachowuje się jak Europejczyk, ostatni wsiada do samolotu

Wybór wycieczki był elementem ekscytującym, oferty podawane były w kopertach ­ zupełnie, jak pieniądze na komunię. Każdy chciał jechać za granicę, bo ludzie kiedyś tak nie latali po świecie, jak dziś. Kiedy wybierał pan, zazwyczaj pozwalał kobiecie wylosować kopertę, więc jak padło na wycieczkę krajową, to potem była jej wina, że jeździli na bizonach, a nie wielbłądach. W końcowej części programu zabawa przenosiła się na skórzane fioletowe kanapy, gdzie Jacek Kawalec odbywał pogawędkę z parami z poprzednich odcinków, które wróciły se swoich wycieczek. By udowodnić, że dobrze się bawili i nadal nie mogą zapomnieć o żarze tropików, ludzie czasem przychodzili do studia w okularach przeciwsłonecznych i maskach do nurkowania. Ekstremalnie wypoczęci i z manierą starych wyjadaczy telewizyjnych programów, chętnie przystawali na propozycję Jacka: „przeżyjmy to jeszcze raz”. W filmach puszczanych w tym momencie programu, dzielili się skwapliwie spisanymi w domu wrażeniami na temat partnerów. „Zachowuje się jak Europejczyk, ostatni wsiada do samolotu, twierdzi, że tłok przy wejściu tworzą osoby nieoblatane”, „Podczas naszego pobytu na Cyprze Stefania okazała się bezkonfliktowym i spolegliwym przyjacielem” ­ jest mówione, a raczej czytane z przestrzeni za plecami kamerzysty.

Kiedy miałam 7 lat „Randkę w ciemno” prowadził Jacek Kawalec, który obrabiał wtedy większość programów i teleturniejów, bo z każdym dobrze się dogadywał. W „Randce” występował jednocześnie w roli doradcy i narratora, a gdy zaszła taka potrzeba ­ sekundanta. Zawsze można było liczyć na jego koszulę w fantazyjne wzory pedantycznie wciągniętą w spodnie i niebanalne połączenia kolorystyczne – trzeba jednak pamiętać, że czerwona marynarka do błękitnej koszuli nie stanowiła wtedy w modzie męskiej najmniejszego problemu. Kiedy trzeba było rozładować napięcie, albo nastał moment niezręcznej ciszy, Jacek zawsze miał w zanadrzu jakiś żart („Kto wygra w twoim dzisiejszym randkingu?”). Nieodzownym elementem każdego odcinka była też interwencja „Głosu” (należącego do Doroty Osman, Edyty Krasowskiej, a od roku 2002 ­ Antoniego Parola), który dokonywał podsumowania kandydatek z jakiegoś bliżej nieokreślonego miejsca za sceną. Kiedy miałam 7 lat wydawało mi się, że „Głos” nie tylko wiedział wszystko, ale co ciekawe ­ był z zagranicy, bo źle wymawiał „r”, co nadawało programowi prestiżu, a w uczestnikach podsyłało nadzieję na upragnioną wycieczkę zagraniczną. Za dzieciaka siadało się więc przed „Randką w ciemno” i wyjadając oranżadkę w proszku palcem patrzyło, jak to wygląda między kobietami i mężczyznami i jakie miny trzeba będzie strzelać w dorosłym życiu, żeby nie skończyć jako stara panna z kotami. Dziewczyny były świeże,

młode i kokieteryjne, miały zachodnie makijaże (perłowy cień pod łukiem brwiowym, jasna pomadka do ciemnej konturówki) i siliły się na porażające swą dziewiczą logiką konstatacje („ja też lubię fantazjować i w związku z tym jestem fantastyczną dziewczyną”). Wszystko to z jednoczesnym zachowaniem tajemnicy, która drzemie w każdej z nas. Panowie pojawiający się w „Randce” byli rolnikami, studentami, artystami, księgowymi ­ z wąsem lub meszkiem nad wargą i zaczesem na otwartą książkę, funkcjonującym później pod nazwą „Na Marka Mostowiaka”.

Urodziłem się w sumie w Opolu

Trudno dziś zrozumieć, jaka była konwencja językowa stosowana w programie, ale nie ulega wątpliwości, że potencjalnych odpowiedzi na pytania chętni na wycieczkę zagraniczną uczyli się wcześniej na pamięć. Nikt nie chciał wyjść na mało elokwentnego, więc przykładowo spójnika, „że” w ogóle się nie używało, zastępując go o wiele bardziej salonowym „iż”. Dla nadania sytuacji w studio należytej dynamiki, wypowiedzi pełne były wykrzyknień „och!”, „ach tak!” oraz pełnych napięcia przestankowych “no cóż”. Co z tego, że nie były potrzebne? Same pytania często oscylowały wokół praktycznych aspektów rzeczywistości, bo odpowiedzi udzielane przez uczestników miały za zadanie sprawdzić, czy partner sprawdzi się, gdyby ewentualnie doszło do małżeństwa. Dla przykładu:

Pretendednt na zagranicznego wycieczkowicza: „Gdybyś nagle straciła pracę, czym zajęłabyś się, by zarobić pieniądze?”

Kandydatka numer 3: „Zajęłabym się szukaniem mężczyzny, który ma już dobrze płatną pracę”

Kandydatka numer 1: „No cóż, może po programie otrzymam interesujące propozycje. Korzystając z okazji ­ piękne ukłony dla wszystkich moich przyszłych pracodawców.”

Kandydatka numer 2: „Uważam, że to nie jest problem ­ łatwo przyszło, łatwo poszło ­ będzie ciekawsze. Ja nie tracę pracy ­ ja ją po prostu zmieniam”.

Latem 2005 roku „Randka w ciemno” została usunięty z anteny ze względu na bardzo niską oglądalność. Dziś o grzecznej „Randce” nikt nie pamięta. Świat poszedł do przodu i teraz w telewizji oglądamy o wiele ciekawsze stosunku seksualne w jacuzzi oraz transmisje na żywo z operacje zmiany płci.

Jaki kraj, taka edukacja młodzieży. Ja z „Randki w ciemno” dowiedziałam się jednego -­ że bardziej niż miłość w życiu liczą się zagraniczne wycieczki.