Giovanni di Lorenzo: „Berlin jest jedynym na świecie miastem, w których dominuje kultura robotnicza”

Artykuł opublikowany 8 lipca 2009
Artykuł opublikowany 8 lipca 2009
Berlin, godzina 14.00. Pada deszcz. Godzina 14.30. Słońce. Godzina 15.00. Ulewa. Godzina 15.30. Słońce. Złośliwa pogoda, może działać na nerwy. Ale może to właściwa pogoda na przeprowadzenie wywiadu z Włochem urodzonym w Szwecji, który został wielkim dziennikarzem niemieckim, naczelnym gazety „Die Zeit”. Godzina 16.00. Zerwał się zimny wiatr.
Wchodzę do budynku „Tagesspiegel”, wydaje się, że jest koniec jesieni.

Spotykam się z Di Lorenzo w redakcji. Jest uprzejmy. Pytam się, czy dobrze mu minął długi weekend, który spędził we Włoszech z rodziną, żoną i roczną córeczką. Do Włoch? Myślę po niemiecku: słońce, gorąco, bella Italia. A skąd, mówi mi. Było dużo deszczu. Ma zmęczone spojrzenie. „Siedziałem do czwartej, żeby zamknąć numer. Potem wyjechałem do Berlina. A po tym wywiadzie muszę wracać do Hamburga”. Zaczynamy, a mnie przychodzi do głowy Athos, chłopczyk z imieniem jak muszkieter. Gdy miał 11 lat przeniósł się do naszej klasy, do Mediolanu, po tym jak mieszkał w Londynie. Dziecko Włochów, mówił niesamowitym włoskim, zniekształconym przez angielski akcent. Ostatnią rzeczą, jakiej bym się spodziewał to zobaczyć go jak staje się jednym z najważniejszych symboli włoskiego dziennikarstwa. „I stał się nim?”, pyta mnie Di Lorenzo. Nie. I właśnie dlatego zadziwia mnie historia Di Lorenza.

Włoski chłopak w Hanowerze: „Czy w Rzymie też są prawdziwe domy?”

Di Lorenzo urodził się w Sztokholmie w 1959 roku. Jest włoskiej narodowości. Wychowuje się w Rimini i w Rzymie, a mając 11 lat przeprowadza się do Hanoweru. Po niemiecku mówił raczej źle, a dziś jest naczelnym „Die Zeit” i wydawcą „Der Tagesspiegel”, autorem bestsellerów i prowadzącym program w niemieckiej telewizji. Co pamięta z tamtych czasów?

„W tamtych czasach, a mówimy o początku lat siedemdziesiątych, Niemcy nie były takie jak dzisiaj, nie były społeczeństwem otwartym. Była tam wielka niewiedza. Po szkole podstawowej we Włoszech, przez sześć miesięcy chodziłem do szkoły niemieckiej w Rzymie, żeby przyzwyczaić się do języka, a potem przeszedłem do gimnazjum w Niemczech. Moi koledzy ze szkoły pewnego dnia spytali mnie czy w Rzymie też są prawdziwe domy: myśleli, że są tam jedynie jaskinie i świątynie. I to w liceum o profilu klasycznym, nie w podstawówce. Myślę, że istotnym doświadczeniem było to, że w pewnym momencie, po kilku latach udręki, zrozumiałem, że jedyną rzeczą jaką mogłem zrobić, żeby wyjść z tej sytuacji była spróbować nauczyć się języka. W tym tkwił klucz”.

Debiut dziennikarski? Zeffirelli o trzeciej nad ranem i nieproszony gość: Hans Lorenz. Po pokonaniu problemów i frustracji zdołał opublikować artykuł. „Wielką ambicją tego, kto zaczyna, jest zobaczyć opublikowane własne nazwisko”. Ale na końcu było napisane Hans Lorenz. Jak to? „Chodziło o wywiad z Zeffirellim, który dopiero co zakończył kręcenie swojego Jezusa Chrystusa („Jezus z Nazaretu”- przyp. tłum.). Zefirelli akurat był w Hollywood. „Zadzwoniłem do jego domu we Florencji. Odebrała pomoc domowa, która nie wiem czemu dała mi jego numer w Hollywood. Byłem tak przejęty, że zapomniałem o różnicy czasu i od razu do niego zadzwoniłem. Obudziłem go o trzeciej nad ranem. Był tak zdziwiony, że nawet się nie wkurzył. Poszedłem rano o siódmej do jedynego kiosku w Hanowerze, gdzie sprzedawano gazetę, dla której napisałem artykuł: otwierał dział kulturalny, był piękny, duży, na całą stronę”. Ale zamiast Giovanni Di Lorenzo było napisane Hans von Lorenz. „Byłem wściekły. Urażono mój honor. Redaktor naczelny powiedział: popatrz, jeśli chcesz używać pseudonimu, zróbmy go przynajmniej wiarygodnym. Giovanniego zamienili w Hansa. Nie pozwolili mi nawet na Johannesa. Z Lorenzo zrobili Lorenz. Wtedy zrozumiałem, że muszę coś zrobić, żeby więcej znaczyć” (śmieje się).

Lądowanie w Berlinie. „Berlin? Jedyne miasto niemieckie, gdzie mógłbym żyć.”

Języka się nauczył. I to tak, żeby zostać dziennikarzem a, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, zostać powołanym na stanowisko naczelnego „Der Tagesspiegel” w Berlinie. Dużo mówi się o Kreuzbergu: jedynym miejscu na świecie, gdzie w tym samym lokalu możesz spotkać Turków, Niemców, homoseksualistów, punków i managerów w marynarkach i krawatach.

I nikt nie zwraca uwagi na drugiego. Może Kreuzberg jest modelem współżycia i integracji użytecznym dla całej Europy? „Myślę, że nie tylko Kreuzberg. Ale to właśnie to jest powodem, dla którego Berlin jest najbardziej interesującym miastem na świecie. Jest nim także Londyn. Ale jest trudniej dostępny, również przez ceny. Berlin jest niesamowitym miastem, nie mającym sobie równych. Ja przyjechałem tu w 1999 roku, kiedy rząd się przeprowadził. To było niepowtarzalne doświadczenie”. Matthias Maurer jest berlińskim przedsiębiorcą. Pewnego dnia powiedział mi: „Wiesz, co jest wielkim niebezpieczeństwem dla Berlina? Że stanie się miastem niemieckim”. A co Pan o tym myśli? „Dla mnie to niebezpieczeństwo nie istnieje. Z dwóch powodów. Po pierwsze to liczebnie największe miasto Niemiec i jest punktem skupienia różnych rzeczywistości. Po drugie to jedyne miasto na świecie, gdzie kultura robotnicza dominuje nad całym miastem. Dlatego mieszczańskie pomysły w Berlinie się nie udają”. Wśród tych, którzy żyją w Berlinie, powtarza się zdanie: „Berlin to jedyne niemieckie miasto, w którym mógłbym żyć”. „To prawda. Ja też to mówię. Mimo że mieszkam w Hamburgu”.

Tam, gdzie bycie obcokrajowcem nie jest przeszkodą

(zdj.: Francesca Barca)Wywiad się kończy. Di Lorenzo jest zmęczony, ale spieszy się żeby wrócić do Hamburga. To mylące: frazesy, uprzedzenia, stereotypy padają przed nim jak kręgle. A jednak myślę, że może komuś się udało. Zmylić jego. Jest jedna odpowiedź, której nie umieściłem w wywiadzie. W pewnym momencie zapytałem go: co takiego ma Hans Lorenz, czego nie miał Giovanni di Lorenzo? I co ma Giovanni di Lorenzo czego nie miał Hans Lorenz. Popatrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć: No nie, to ciągle on! „Nie ma we mnie niczego z Hansa Lorenza. Ponieważ Hans Lorenz nie istnieje”. Ale potem znowu nabrał rozpędu: „W moim imieniu nie ma niczego niemieckiego. A jednak nie było to nigdy przeszkodą w mojej karierze. Natomiast nie sądzę, żeby jakiś Hans Lorenz mógł zajść tak daleko we włoskim świecie dziennikarskim”.